Krótka rzecz o pojednaniu – świadectwo z 37 PPW na Jasną Górę
1 vote, 5.00 avg. rating (95% score)

Jak pisałem już wcześniej, pielgrzymka wcale nie jest straszna, choć aby się o tym przekonać, potrzebowałem aż trzydziestu lat życia. Cóż, lepiej późno niż wcale:) Tegoroczna pielgrzymka była dla mnie wyjątkowo trudna, ale też niezwykle owocna. Poniżej moje krótkie świadectwo.

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Jak każdy pielgrzym niosę ze sobą na Jasną Górę intencje (swoje lub znajomych), ale też dla mnie pielgrzymowanie ma ten szczególny wymiar, że każdym swoim krokiem uwielbiam Boga i dziękuję Mu za dar chodzenia. To, że będę mógł chodzić i że będę sprawny fizycznie nie zawsze było takie oczywiste. Takie samo dziękczynienie składam każdym zdobytym górskim szczytem i każdym kilometrem wykręconym na rowerze.

W tym roku jednakże z początku szło mi się niespodziewanie ciężko – nie ze względu na upały, które na szczęście nie dokuczały zbyt mocno. Niosłem bowiem intencję wyjątkowo dla mnie trudną. Otóż we wrześniu ubiegłego roku zmarł mój dziadek. Mówiąc eufemistycznie, nie był to sympatyczny człowiek, a mówiąc bardziej wprost – jego choroba alkoholowa położyła się głębokim cieniem na trzech pokoleniach mojej rodziny. Ja już wiele lat temu zapowiedziałem, że na jego pogrzebie się nie pojawię, a że jestem uparty, to słowa dotrzymałem.

Śmierć dziadka nie dawała mi spokoju – dość powiedzieć, że od tamtego czasu myślałem o nim więcej razy, aniżeli przez te wszystkie lata. Najbardziej męczyło mnie, że nie zainteresowałem się nawet, czy dziadek przed śmiercią wyspowiadał się i pojednał z Bogiem! Dlatego uznałem, że głównie właśnie w jego intencji będę szedł podczas tej pielgrzymki.

Ale pierwsze dni były bardzo ciężkie; miałem wrażenie, że buty ważą dobrą tonę, a każdy kolejny krok to był wysiłek niemal ponad możliwości (może trochę koloryzuję, ale niewiele). W końcu uznałem, że potrzeba czegoś więcej i modlitwę za dziadka wrzuciłem do intencji różańcowych.To był już szósty dzień, do pokonania mieliśmy najdłuższy dystans, z Kluczborka do Borek Wielkich.

Kiedy odczytano intencję za dziadka, poczułem fizycznie, dosłownie, jak spływa ze mnie fala całej nagromadzonej przez lata złości i goryczy i jak (ponieważ Bóg nie znosi próżni) zalewa mnie taka wdzięczność, jakiej chyba nigdy w życiu nie czułem. Myślałem, że stanę pośrodku tego pięknego lasu i zacznę płakać jak bóbr – ja!, który zawsze miałem ogromne problemy z okazywaniem uczuć. Poczułem również niezwykłą lekkość – tam, w połowie czwartego etapu najdłuższego dnia podczas całej pielgrzymki spadł ze mnie balast, który ze sobą targałem, jak się okazuje, niepotrzebnie tak długo. Gdyby porządkowi mi pozwolili, pewnie bym wziął wszystkie cztery tuby na plecy i jeszcze tego samego dnia popędził na Jasną Górę:) Takie to było uczucie.

Płakałem później, w kościele w Borkach Wielkich. Raptem kilka godzin wcześniej podczas wspaniałej konferencji dla dwunastki Siostra Maria mówiła o darze łez od Ducha Świętego; jeśli razem z łaską pojednania z dziadkiem miałby na mnie spłynąć również dar łez albo dar uczuć, to nie mam zamiaru się przed nim wzbraniać.

Nie wiem, czy mój dziadek jest w niebie, to wie sam Bóg. Ale mam uczucie, że to nasza wspólna, dwunastkowa modlitwa przynajmniej go do tego zbliżyła. I za to niech będzie Chwała Panu!