Jak pewnie zauważyliście, nie lubię ułatwiać sobie życia:) Zasadniczo wiele wzniesień, które zdobywam w ramach przedsięwzięć, można by „zaliczyć” (bardzo nie lubię tego sformułowania w stosunku do gór) dużo szybciej, niż ja to robię. Wzgórze Ernesta (nazywany również Górznem) oraz Popiel do takich właśnie należą – wystarczy podjechać autem niemal pod sam szczyt, przejść kawałeczek i gotowe, kolejna pozycja do książeczki… Nie neguję oczywiście, każdy zwiedza tak, jak lubi, ja natomiast wolę te potencjalnie krótkie wycieczki wydłużyć maksymalnie tak, aby przy okazji zobaczyć jeszcze coś ciekawego. Tak było właśnie ze Wzgórzem Ernesta i Popielem – koncepcja „zerowania” najniższych wzniesień w Koronie Sudetów Polskich pozwoliła mi zjeździć na rowerze solidny kawałek Równiny Świdnickiej oraz terenów położonych bardzo blisko Ślęży. Uprzedzając fakty – to zdecydowanie była najciekawsza i najbardziej owocna wycieczka rowerowa jak do tej pory w tym roku. Cube SL Road dosłownie sam mnie niesie:)

Wzgórze Ernesta (Obniżenie Podsudeckie) i Popiel (Równina Świdnicka) na rowerze

Poranny pociąg zawiózł mnie z Wrocławia do Świebodzic. Warto tej miejscowości poświęcić choćby parę minut z uwagi na ładny rynek z ratuszem:

albo skwer z pomnikiem Jana Pawła II:

Z centrum szybko znalazłem kierunek na Ciernie, które do początku lat 70 były jeszcze osobną wsią. Ulicą przejechałem szybko, kierując się na Milikowice. Już tutaj zaczął się lekko pofałdowany teren, który normalnie nie sprawiłby mi większego problemu, ale rano jeszcze dosyć mocno wiało. Nie szkodzi jednak – mogłem na chwilę się zatrzymać i podziwiać między innymi widok na pobliskie wzgórza z jednej strony, a z drugiej – na górujący nad Świdnicą masyw Ślęży.

Przed Milikowicami ominąłem skręt na Mokrzeszów i dalej do Komorowa. Taka trasa oznaczała, że nadrobiłem dobrych kilka kilometrów, ale zależało mi na tym, aby uniknąć jazdy po krajówce. Do Komorowa było prosto, w wiosce trochę się zakręciłem (głównie dlatego, że do granic wioski pogonił mnie bardzo uparty pies:), ale w końcu nie bez pomocy GPS-a w komórce udało mi się trafić na pierwszy cel dzisiejszego rowerowania – Wzgórze Ernesta.

To niewielkie zalesione wzniesienie to właśnie Wzgórze Ernesta.

Patrząc na Wzgórze Ernesta (a później przy Popielu miałem odczucia identyczne), można odnieść wrażenie, że niektóre szczyty w ramach Korony Sudetów Polskich zostały dodane do listy trochę na siłę… Cóż, narzekać bynajmniej nie mam zamiaru, bo i tak bawię się przednio. Rower na ramię i przez pole! Na wzgórze nie prowadzi żaden szlak, ale niemal pod sam szczyt można podejść po ścieżce wyjeżdżonej przez traktor.

Znalezienie najwyższego punktu nie stanowiło problemu:

Widoki spod szczytu też wcale niebrzydkie:)

I tutaj po raz kolejny się okazało, że nawet tak niewielki wzgórek wymaga ostrożności… Sprowadzając rower, wpadłem w dziurę, której nie zauważyłem; efektem było lekko stłuczone kolano i wykrzywiona kierownica. Kolanem po bliższych oględzinach się nie przejąłem, kierownicę nastawiłem, po paru metrach jeszcze poprawiłem i dalej w drogę!

Na razie do głównej drogi w Komarowie, z której zjeżdżałem, kiedy szukałem Wzgórza Ernesta. Potem dalej, ku Witoszowa Dolnego.  Tu wzniesienia jakby wyższe – to jeszcze Obniżenie Podsudeckie czy już Równina Świdnicka? Niby koronny Popiel niższy jest od Wzgórza Ernesta (co sugeruje, że pozostałe wzniesienia Równiny Świdnickiej też powinny być niższe)… Ale właśnie, najnowsze pomiary pokazują, że tak naprawdę najwyższe wzgórza równiny mają powyżej 400 metrów. Popiela więc tak naprawdę w Koronie Sudetów Polskich być nie powinno.

Z Witoszowa Dolnego ku Bystrzycy Dolnej. To spora wieś z górującym nad nią kościołem, położonym malowniczo na wzgórzu:

W pierwszą większą ulicę w prawo. Ta mnie doprowadziła do ulicy Bystrzyckiej… i tu małe zdziwienie. Żadna droga wojewódzka, a ruch jak na krajówce, przy czym absolutnie żadnego pobocza. Znalazłem lukę, kiedy mogłem się wcisnąć i zaraz zagadka się rozwiązała – no tak, droga na Świdnicę przecież, minąłem nawet tabliczkę z nazwą miejscowości.

Niebezpieczny odcinek na szczęście szybko się skończył. Ładną ubitą drogą trafiłem do Milikowic:

W samych Milikowicach godne zobaczenia są położone obok siebie: zabytkowy pałac oraz kościół:

Pałac w Milikowicach

Kościół

Tutaj odpoczynek, wykorzystany na przypomnienie z dalszą trasą. Tutaj bardzo przydał mi się jeden z moich ulubionych blogów: Andżelika i Mateusz bardzo ładnie opisali, jak zdobyć Wzgórze Ernesta.

Ja tylko streszczę w fotograficznym skrócie:

  • przy znaku „Krzyżowa 2” w prawo;
  • kilkaset metrów za ostatnimi zabudowaniami skręcić w lewo w ubitą drogę;
  • droga poprowadzi do Boleścina. Kiedy zacznie skręcać do miejscowości, my powinniśmy zejść z drogi w pole i wypatrzyć wzgórze, obok którego znajduje się ambona myśliwska;
  • ambona będzie wyznaczać azymut. Najpierw kierujemy się w jej stronę, a potem przy ambonie odbijamy 90 stopni w lewo i nieznacznie wspinamy się jakieś 200 metrów.

Żwirowa droga na Boleścin

Ambona – z daleka trochę zlewa się z drzewami

Widok spod Popiela – te zabudowania to Boleścin, do którego zaraz będę jechał

Ślęża wydaje się niemal na wyciągnięcie ręki

Tabliczka szczytowa – wzniesienie jest mocno zalesione, więc jej znalezienie zajęło mi chwilę, ale jak widać na zdjęciu – udało się:) Trzeba pamiętać, aby nie kombinować i kierować się idealnie na lewo od ambony.

Wizyta na szczycie i powrót przez pole do żwirowej drogi. Tu nie znalazłem żadnej wyjeżdżonej ścieżki, więc zachęcam do możliwie najmniej inwazyjnego podchodzenia:)

Żwirowa droga poprowadziła mnie do Boleścina.

Trasa:

Świebodzice PKP – Ciernie – Milikowice – Komorów – Wzgórze Ernesta – Witoszów Dolny – Bystrzyca Dolna – Makowice – Popiel – Boleścin

Z Boleścina przez Świdnicę itede nad Zalew Mietkowski

Z Boleścina było już prosto. Drogą wojewódzką 382 trafiłem do Świdnicy. Trasa jest ruchliwa (kierowcy ciągną chociażby w stronę krajówki), a szkoda, bo pofałdowany teren kusił, aby depnąć i rozpędzić się konkretnie; bezpieczeństwo jednak przede wszystkim, dlatego do miasta wjechałem z na wpół zaciągniętymi klamkami.

Świdnica wywarła na mnie ambiwalentne wrażenie. Z jednej strony, bardzo ruchliwa i mało przyjazna rowerzystom. Z drugiej jednak – z imponującą, górującą nad miastem katedrą i bardzo ładnym rynkiem:

Niestety nie udało mi się trafić na Kościół Pokoju – ale tam najpewniej specjalnie pojadę, aby pozwiedzać.

Za Świdnicą zaczęła się cała seria niewielkich miejscowości. Droga do samej Wierzbnej prowadziła bardzo ładnym asfaltem – nic dziwnego, to trasa na Żarów, którą można dojechać do krajowej piątki. Ale po skręcie na Panków, Śmiałowice nawierzchnia trochę się popsuła. Zasadniczo jednak nic nie szkodzi – po gorszych drogach jeździłem, a mogłem zobaczyć chociażby takie oto zachowane ruiny:

Ruiny XVI – wiecznego zamku w Pankowie

Po minięciu Domanowic (tu już nawierzchnia na powrót  zrobiła się bardzo ładna) czekał mnie już ostatni tego dnia większy podjazd. I dobrze, bo już trochę miałem w nogach… Ale trud wynagrodziłem sobie odpoczynkiem na szczycie, bo to już przecież Zalew Mietkowski! Z tej perspektywy prezentował się bardzo malowniczo:

W Maniowie udało mi się znaleźć wejście na wały wokół Zalewu. Częściowo go objechałem, co jakiś czas zatrzymując się i podziwiając widoki:

Wałami dojechałem do Borzygniewu, gdzie znajduje się parking. Stąd już dosłownie parę kilometrów do położonej pod Mietkowem stacji kolejowej.

Trasa:

Boleścin – Świdnica – Sulisławice – Wierzbna – Panków – Śmiałowice – Siedlimowice – Domanice – Maniów Mały – Borzygniew – Mietków PKP

Mój dystans tego dnia: równe 100 km.