Na ostatni dzień, jako takie creme de la creme długiego weekendu, pozostała mi jeszcze Wysoka, a więc koronny szczyt Pienin. Zapraszam do lektury:) P.S. Relacje z poprzednich dni wiecie, gdzie znaleźć:)

Na Wysoką można wystartować z kilku miejsc. Ja jako początek wybrałem Jaworki – niewielką wieś pod Szczawnicą. A więc rano do kościoła (wiadomo – wszystko na swoim miejscu) – na 6.30 w zabytkowym kościele położonym w rynku. Do bezpośredniego busa do Jaworek miałem dobrze z półtorej godziny jeszcze, ale zabrałem się składanką – najpierw busem do Szczawnicy, skąd busy do Jaworek odjeżdżają do kilkanaście minut.

Przez Wąwóz Homole na Wysoką…

Zielony szlak rozpoczyna się u wejścia do Wąwozu Homole, który może odrobinę przypominać taką Dolinę Kościeliską w wersji mini – a to przez wysokie formacje skalne po obu stronach trasy:

Szedłem oczywiście sam (delikatna mżawka, mgła i wczesna godzina gwarantują samotność na szlaku), ale trasa przy lepszej pogodzie z pewnością jest oblegana. Nic zatem dziwnego, że zabezpieczono drogę licznymi metalowymi schodkami i mostkami – na kamieniach pewnie łatwo się poślizgnąć (i nie piszę tego z przekąsem, na serio tak uważam).

Po względnie płaskim spacerze dotarłem do Polany Dubantowskiej, gdzie znajduje się kilka interesujących formacji skalnych. Najbardziej w oczy rzuca się Czajakowa Skała, która góruje nad polaną. Nieco z boku leżą natomiast Kamienne Księgi – bloki skalne, na których według legendy Bóg miał zapisać losy wszystkich ludzi na ziemi.

Tak wygląda Czajakowa Skała:

A to tajemnicze księgi:

Tajemnic tam zawartych mnie odczytać się nie udało (Szkoda? Nie szkoda? To już trochę filozoficzny dylemat:), poszedłem więc dalej. Dla turystów została utworzona droga z kamieni, wypisz – wymaluj Ceprostrada w okolicach Moku (skoro już szukam analogii z Tatrami). Za chwilę dotarłem do bazy namiotowej (o dziwo, całkiem ruchliwej mimo pogody). Spokojny spacer po względnie płaskim się skończył, a zaczęła się spokojna wędrówka pod górkę. Z takimi oto widokami:

I takimi:

Blisko szczytu zaczynają się schody. Całkiem dosłownie – żelazne zabezpieczenie, bo jest dosyć stromo. W ten sposób doszedłem do grani. Aby wejść na szczyt, trzeba się kierować w lewo za oznaczeniami trójkątnymi; jeszcze tak może z dziesięć minut, w tym częściowo po metalowych schodkach. Znowu musiałem wierzyć na słowo, że widoki ze szczytu są nieziemskie, bo ja zobaczyłem nieziemskie… ale mleko:)

Na pewno jest zatem powód, aby na Wysoką wrócić:)

…i długieee zejście do Szafranówki i do Szczawnicy

Zejście obrałem niebieskim szlakiem do Szczawnicy. Z początku szlak był ładnie oznakowany i prowadził przez liczne w obrębie szczytu skały… ale potem oznaczenia na długi czas niemal się urwały. Chyba nie tylko ja zresztą miałem wrażenie, że oficjalnych znaków coś tu mało, bo o wiele częściej widziałem wyrysowane na kamieniach lub drzewach strzałki wskazujące kierunek. Ale nie czułem jakieś wielkiej niepewności (małą owszem, nie zaprzeczam:). W tym, że idę poprawnie, upewniały mnie słupki graniczne (szlak niemal cały czas prowadzi wzdłuż polsko-słowackiej granicy), oraz liczne punkty orientacyjne. Jak chociażby wyciąg narciarski na Durbaszce; z tego szczytu normalnie zresztą powinny rozciągać się piękne widoki na Szczawnicę i Jaworki, na moim zdjęciu ledwo majaczące w dole:

Kolejnym punktem orientacyjnym była kopuła Wysokiego Wierchu, który zdecydowałem się trawestować:

A to jeszcze widoki chociażby na Słowację:

Im bliżej szczytu Szafranówki, tym oznaczenia się poprawiały – i bardzo dobrze, bo w tym rejonie szlak turystyczny często krzyżuje się z drogami polnymi. Jeszcze ostatnie podejście… i Szafranówka zdobyta. Działa tu wyciąg, ale mnie oczywiście o wiele bardziej interesowały widoki:

Z Szafranówki mogłem zejść żółtym szlakiem do Szczawnicy, ale ciągle miałem dużo czasu w zapasie (co tam spakowanie się przed wyjazdem – chwila, moment!), więc wybrałem wariant dalej niebieskim szlakiem ku Schronisku Orlica. Część trasy szło się miło, łatwo i przyjemnie, ale kawałek za pewną charakterystyczną polanką (z której ładnie widać Sokolicę) miło, łatwo i przyjemnie być przestało. A zaczęło się błocko i ślizganie, zakończone paroma żenującymi i bolesnymi (na dumie:) upadkami. Do schroniska zszedłem cały ubłocony, ale udało mi się trzymać fason… nawet podczas pięciokilometrowego spaceru z Orlicy na pole namiotowe:)

Trasa: