O Lackowej słyszałem różne, w przeważającej części jednak niepochlebne opinie. A że trudno się dostać, a że szlak słabo oznakowany, a że dziki, a że bardzo stromy… Postanowiłem skonfrontować recenzje koronnego szczytu Beskidu Sądeckiego z rzeczywistością i wybrałem się na Lackową trzeciego dnia wyjazdu, za start obierając granicę między miejscowościami Mochnaczka Niżna i Tylicz.

Na Lackową

Pierwsze tego dnia widoki (i tak po prawdzie – jedne z niewielu) czekały na mnie już niemal na samym starcie – z polany rozpościerającej się ponad Mochnaczką:

Przy okazji obaliłem pierwszy mit: trafienie na szlak z Krynicy Zdroju jest prosty, wystarczy wysiąść na ostatnim przystanku w Mochnaczce Niżnej i dojść do granicy z Tyliczem.

Po jakiś 45 minutach spaceru pod górę zdobyłem pierwszy tego dnia szczyt – Dzielec. Na mojej mapie jest zaznaczone, że powinny się stąd rozciągać widoki – ale tak nie było. Czyżby szczyt zdążył zarosnąć? Druga nieścisłość mapy z rzeczywistością: zielony szlak, który na mojej widnieje, został już zlikwidowany. Niepotrzebnie jednak się obawiałem tego, czy trafię, bo czerwony graniczny szlak słowacki jest bardzo ładnie oznakowany (a więc drugi mit obalony):

Idąc tak, zdobywałem kolejne wzniesienia, między innymi Czerteź. Zacząłem się zastanawiać – gdzie te słynne podejścia? – ale wkrótce szlak kazał schodzić mi dosyć stromo w dół ku Przełęczy Beskid. Tu jeden z mitów się potwierdził: coś mi w bezpośredniej bliskości szlaku bardzo głośno prychnęło 🙂 Nie wiem co i nie wnikałem, najważniejsze, że nie pokazało się więcej 🙂

Na przełęczy droga bardzo mocno rozjechana przez ciężarówki wywożące drewno – zjeżdżają one tutaj leśną drogą, którą kiedyś prowadził szlak z Izb:

Kiedy zamajaczył przede mną charakterystyczny kopulasty kształt, to już wiedziałem, że ostatni mit się potwierdzi. Ale aż?! Na niespełna dwóch kilometrach jest jakieś 350 metrów przewyższenia, z czego większość trzeba pokonać po niemal pionowej ścianie. Zadania nie ułatwiały na pewno liście, na których można się poślizgnąć i które przesłaniały rzeczywisty przebieg szlaku.

Szczerze przyznam – chyba nawet w Tatrach nie miałem do czynienia z czymś podobnym, w każdym razie nieczęsto 🙂 W nagrodę za trudy czekały mnie widoczki przezierające spomiędzy drzew:

A za chwilę również: zdobycie samej Lackowej, mojego 24 koronnego szczytu, a 4, odkąd zapisałem się do Klubu Zdobywców Korony Gór Polski. Tylko właśnie: wchodząc na Lackową uświadomiłem sobie, że książeczka została we Wrocławiu! Ostatecznie zatem zrobiłem coś takiego, pewnie przejdzie:

Nie lubię wracać tą samą trasą, co wchodziłem, tym razem powrót do Mochnaczki nie uśmiechał mi się w dwójnasób, miałem w końcu świeżo w pamięci to mordercze podejście… Jednak nie miałem większego wyjścia, bo takie zgrabne kółeczko, które bardzo mnie kusiło, nie wchodziło w rachubę, jeśli chciałem zdążyć przed zmrokiem.

Zejście było jeszcze trudniejsze od wejścia, ale przeżyłem, ciesząc się, że wejście na Lackową mam już za sobą i że pewnie nie będę tego powtarzał, już tym bardziej nie tą trasą:) Na szlaku powrotnym spotkałem trochę ludzi, nic już również na mnie nie prychało, a na polanie, z której rozpoczynałem wycieczkę, mogłem posiedzieć dłużej i nacieszyć duszę widokami:

Trasa: