W poprzednim wpisie przedstawiłem trasy w Tatrach Wysokich, które przeszedłem podczas niedawnego sierpniowego urlopu. Teraz opiszę moje zmagania z Tatrami Zachodnimi. Zapraszam do lektury i do komentowania:)

Dzień trzeci – Reglami tatrzańskimi z Zazadni do Kuźnic

Załamanie pogody, które miało miejsce drugiego dnia, utrzymało się również dzień później. Może to i dobrze? Miałem w nogach naprawdę w ekspresowym tempie zrobioną Przełęcz Mięguszowiecką (miało być 11 godzin, było… 8!), trochę czułem te przewyższenia, a że jeszcze nigdy nie byłem na Wiktorówkach i Gęsiej Szyi, to uznałem, że to dobry pretekst.

Wycieczka zaczęła się w Zazadni. Dla turystów, którzy jadą komunikacją z Zakopanego dobra rada – trzeba kierowcy powiedzieć, gdzie chcecie wyjść, bo inaczej zawiezie Was prosto do Palenicy Białczańskiej🙂 Dalej to oczywiście nie będzie tragedia, ale warto sobie oszczędzić dłuższego spaceru.

Szlak jest przyjemny, prościutki, bardzo łagodny, dopiero pod samymi Wiktorówkami zaczyna być nieco wyżej, ale tylko nieco:) Idzie się po stopniach z drewnianych bali i za chwilę Wiktorówki osiągnięte.

To niewielkie drewniane sanktuarium zostało poświęcone Matce Boskiej Królowej Tatr. Niestety, na mszę już się spóźniłem, więc po krótkiej sesji zdjęciowej poszedłem dalej ku Rusinowej Polanie.

Normalnie jest ona przepiękna, tamtego dnia jednak tonęła w mleku. Cóż – kolejny powrót, aby na tę trasę wrócić:) Ludzi było całkiem sporo, i nic dziwnego – w końcu regle przy gorszej pogodzie to chyba najlepsza alternatywa dla dolin, Gubałówki i Krupówek🙂

Cały szlak, który tego dnia przeszedłem, spokojnie można zrobić z dzieckiem (choć może nie całość jednego dnia:) Gęsia Szyja i Kopieniec to bardzo proste szlaki, na Nosalu trzeba nieco bardziej uważać, bo kamienie po gorszej pogodzie mogą być śliskie. Na Gęsią Szyję prowadzą zresztą drewniane stopnie, aby jeszcze ułatwić wchodzenie. Widoki z Gęsiej Szyi i z Kopieńca przy normalnej pogodzie są wspaniałe, pięknie prezentują się chociażby Tatry Wysokie. Szlak między nimi natomiast, czerwony przez Psią Trawkę do Hali Kopieniec trochę długi i nużący. Trasa zrekompensowała mi to ładnymi widokami w drodze na Nosal, a że pogoda już całkiem się poprawiła, zanim doszedłem do tego jednego z najpopularniejszych wzniesień, to zostałem nagrodzony fajną panoramą:

 

Dzień piąty – Czerwone Wierchy z Tomanowej Polany

Czerwonymi Wierchami otwierałem zeszłoroczny tatrzański urlop. Bardzo mi się spodobały, postanowiłem tam wrócić, ale nieco od innej strony. Szlak czerwony, który skręca ze szlaku prowadzącego od Kir do Hali Ornak, wydał mi się na wchodzenie zbyt długi i monotonny, postanowiłem zatem iść przez Tomanową Polanę.

I to był znakomity wybór:) Na Tomanową prowadzi zielony szlak z Hali Ornak. Większość turystów albo kończy wycieczkę obok schroniska PTTK, albo skręca w prawo ku Iwaniackiej Przełęczy. W stronę Tomanowej niewiele osób się zapuszcza, dzięki czemu otrzymałem nieprawdopodobną wręcz, rzadko spotykaną w Tatrach Zachodnich ciszę:) A do tego jeszcze w prezencie piękne widoki na okoliczne szczyty. Zresztą o tym, że szlak jest stosunkowo rzadko uczęszczany świadczy fakt, że był on stosunkowo mocno zarośnięty – do takich widoczków przyzwyczaiłem się jednak w co bardziej odludnych odmętach Sudetów🙂

Sam szlak po opuszczeniu polany pnie się coraz mocniej do góry; prowadzi zakosami po zboczu Ciemniaka. W dobrych warunkach nie przedstawia żadnych trudności, chociaż zimą faktycznie z tego wąskiego szlaku pewnie można dosyć łatwo się sturlać. W trakcie wędrówki warto obejrzeć się za siebie, wokół siebie – pięknie prezentują się szczyty chociażby Kominiarskiego Wierchu, Stołów…

W sumie z Hali Ornak do Chudej Przełączki miałem iść cztery godziny, a doszedłem na spokojnie w dwie i pół. Chuda Przełączka to już prawie Czerwone Wierchy, tak więc jeszcze jedno podejście i zameldowałem się na Ciemniaku.

A stamtąd oczywiście fantastyczna panorama. Słowację, Tatry Zachodnie (wraz ze szlakiem na Czuby do Kasprowego), Tatry Wysokie – to wszystko miałem przed sobą podczas całej wędrówki przez Czerwone Wierchy. Cały czas widziałem również kolejne szczyty tego niewielkiego pasma; trawy zaczynały już brązowieć, co stanowi już czytelny sygnał, że wkrótce góry te przybiorą swoją słynną barwę, od której wzięły nazwę.

Miałem schodzić szlakiem z Małołączniaka, bo kolejnego dnia Rysy i takie tam:) Ale szło się na tyle dobrze, że siłą rozpędu dotarłem do Kondrackiej Kopy, a stamtąd zszedłem w stronę Giewontu. Na Śpiącego Rycerza jednakże nie wszedłem, kolejka na łańcuchy jednak mnie przeraziła, a i głód zaczął coraz mocniej doskwierać. Dlatego też zszedłem szlakiem ku Kalatówek (kolejna z lubianych przeze mnie polan) i stąd już do Kuźnic.

I z tej wyprawy też zabrakło zdjęć, bo aparat po raz kolejny odmówił posłuszeństwa. Dla samego uwiecznienia tej trasy na nią bardzo chętnie wrócę:)

Dzień ósmy – Fragment głównej grani Tatr Zachodnich

Siódmy dzień (kolejna świecka tradycja) poświęciłem na relaks, więc ósmego dnia mogłem śmiało wyruszyć na główną grań Tatr Zachodnich w celu zdobycia jednego z ostatnich szczytów, jakiego jeszcze nie miałem w kolekcji – Jarząbczego Wierchu. Pobudka rano,transport na Siwą Polanę i dalej przez Doliną Chochołowską. Już w trakcie dreptania tym bardzo popularnym szlakiem widziałem w oddali majaczące się szczyty – w tym Starorobociański, który jednakże w tym roku świadomie odpuściłem.

Takim spacerkiem dotarłem do Polany Trzydniówki i od tego momentu zaczęła się zabawa. Szlak na Trzydniowiański Wierch pnie się ostro pod górę. Niestety, sam początek szlaku jest mocno zniszczony przez wyrąb drzewa, potem jednak pod tym względem jest już lepiej, otwierają się też widoki. Później będzie jeszcze ładniej.

Jest stosunkowo stromo. Tak to też zapamiętałem z poprzedniego roku, kiedy tym szlakiem schodziłem – obiecałem sobie wówczas, że przynajmniej częściowo szlak powtórzę w drugą stronę i tak zrobiłem. Ale już na Trzydniowiańskim widoki przednie: widać świetnie chociażby grzbiet Ornaku (coś około godziny dziewiątej), Starorobociański Wierch (najpewniej na godzinie jedenastej), Kończysty Wierch, szlak na Jarząbczy, sam Jarząbczy Wierch, Łopatę, Wołowca (to już na zegarze byłyby godziny popołudniowe:).

Irytujące muchy jednak przeszkodziły w podziwianiu krajobrazów, może wyżej ich nie będzie? Dalej więc na Kończysty. Na początku jest w miarę płasko, największe podejście jest już pod samym szczytem. Tu już much nie ma, można podziwiać i się nie irytować. A jest co kontemplować, między innymi Starorobociański Wierch z lewej strony, Jarząbczy z prawej, a stawy w niewielkiej dolinie pomiędzy.

Tu pozwoliłem sobie na długi odpoczynek. Widziałem bowiem przełęcze między Jarząbczym Wierchem a Wołowcem, uznałem, że lepiej odpocząć zawczasu. I słusznie zrobiłem. Szlak na Jarząbczy nie był jeszcze wcale bardziej wymagający kondycyjnie od tego, co przeszedłem do tej pory, i to nawet mimo ponad stutrzydziestometrowej różnicy wysokości. Ale podejście w miarę łagodne (ostrzejsze tuż pod szczytem) i kolejny szczyt polskich Tatr Zachodnich zdobyty!

Można odejść jeszcze kawałek dalej, w stronę Grubego Wierchu, czyli słowackiego głównego szczytu Jarząbczego – chociażby po to, aby i stamtąd podziwiać panoramę.

Tu kolejny dłuższy odpoczynek, bo widziałem, co mnie czeka. Ledwie trzy kilometry dalej wznosił się Wołowiec, ale między nim a mną leżały dwie głębokie przełęcze – Niska Przełęcz i Dziurawa Przełęcz, a w tak zwanym międzyczasie jeszcze trawers Łopaty. Łącznie ponad 450 metrów w dół i prawie 400 metrów w górę.

Nie skłamię, jeśli powiem, że to był najtrudniejszy kondycyjnie odcinek podczas całego wyjazdu. Zejście z Jarząbczego było bardzo ostre, potem przed Łopatą (szlak omija sam szczyt) zrobiło się łagodnie pod górkę, aby znowu kazać schodzić. I kiedy styrany stanąłem pod Wołowcem, zostało mi jeszcze jedno podejście. Zrobiłem je, a jakże! I byłem z siebie niemal tak samo dumny jak po zdobyciu Rysów.

Na Wołowcu jeszcze jedna decyzja: schodzić przez Wyżnią Dolinę Chochołowską czy przez Rakoń i Grzesia? Ostatecznie przemówiły względy praktyczne. Nie miałem już prawie wody, a pamiętałem, że w dolinie są strumyki, które koniec końców uratowały mi życie:)

Stamtąd na Polanę Chochołowską, nad którą powoli już zachodziło słońce, i spacerek na Siwą Polanę.