Sikornik to chyba jeden z takich szczytów dla koneserów. Pewnie nie usłyszałbym o nim (a usłyszawszy – nie pragnął jakoś szczególnie zdobyć), gdyby nie pomysł zdobywania Korony Sudetów Polskich. A ponieważ w okolicy Masywu Śnieżnika nie byłem już dosyć dawno, to postanowiłem „wspiąć” się na Sikornik pewnej ładnej, choć mroźnej i wyższych partiach gór mglistej, styczniowej soboty:)

Na Sikornik z Międzylesia i dalej w stronę Opacza

Bardzo nie lubię stwierdzenia: „zaliczyłem górę”. Góry się zalicza – z górami się zmaga po to, aby góry zdobyć. Jednakże w przypadku Sikornika, najwyższego wzniesienia Wysoczyzny Międzylesia, o mały włos owo nieszczęsne „zaliczenie” przeszłoby mi przez gardło. Bo niemal na sam szczyt można wjechać autem! Ja jednakże zrobiłem wszystko po Bożemu, po wyjściu z pociągu obrałem szlaki żółty i czerwony. Krótki spacer ulicami całkiem ładnego miasteczka zakończył się w momencie, gdy asfalt przeszedł w drogę gruntową. Tu delikatnie do góry; osoby, które podjeżdżają pod sam szczyt, na pewno tracą widoki na znacznie wyższe wzniesienia Masywu Śnieżnika, tego dnia zakryte mgłą. Po jakiś dziesięciu minutach zameldowałem się przy rozstaju szlaków; sam szczyt wzniesienia znajduje się parę metrów wyżej, ale choć usilnie szukałem, to tabliczki nie znalazłem:)

A tak prezentuje się Sikornik od Międzylesia. Zdjęcie z: https://pl.wikipedia.org/wiki/Sikornik_(Wysoczyzna_Międzylesia)

To chyba najszybciej zdobyty szczyt w życiu. Oczywiście nie zamierzałem poprzestać i poszedłem dalej za czerwonymi znakami. Przed sobą miałem między innymi wzniesienia Opacza, Urwistej i Szymonowej, za nimi między innymi Trójmorski Wierch z charakterystyczną wieżą widokową, a jeszcze dalej – cóż, to już budząca respekt kopuła Śnieżnika.

Szlak poprowadził mnie do miejscowości Pisary; tutaj kawałek asfaltem, następnie tuż przed końcem miejscowości pod górę w pole i za chwilę znalazłem się przy skrzyżowaniu z zielonym szlakiem.

I powrót do Międzylesia… przez Sikornik właśnie

Graniczny zielony szlak zaprowadziłby mnie przez Opacza i Jasienia na szczyt Trójmorskiego Wierchu i dalej aż na Śnieżnik… ech, konkretna wyrypa, ale jeszcze nie na styczeń:) Ja po krótkim odpoczynku wybrałem kierunek zgoła przeciwny – zielonym szlakiem granicznym w stronę Przełęczy Międzyleskiej.

Tak naprawdę mam mieszane uczucia w stosunku do zielonych szlaków granicznych. Z jednej strony, często są słabo oznakowane (lub inaczej – znaki są wymalowane rozsądnie i zgodnie ze sztuką, ale niefortunny zielony kolor ma to siebie, że zlewa się z pniami drzew, przez co zwyczajnie trudno go dostrzec). Z drugiej strony jednak – jeśli szlak prowadzi stricte wzdłuż granicy, to wystarczy trzymać się słupków i będzie się w domciu… to jest u celu.

Tak było i tym razem. Znaki gubiłem dosyć często, długimi fragmentami brakowało też jasno wytyczonej ścieżki (kto tamtędy chodzi w ogóle?!), ale słup

Mieszkańcy Międzylesia darzą wilki szczególną estymą, jeden z nich trafił nawet na herb miasta. Obraz z: https://pl.wikipedia.org/wiki/Międzylesie

ki graniczne wytaczały mi kierunek. Tak było aż do samej Przełęczy Międzyleskiej. Tu trzeba opuścić przyjemny szlak turystyczny na rzecz asfaltu, przy czym należy zachować ostrożność, bo trasa prowadzi drogą szybkiego ruchu! Na szczęście zaraz jest teren zabudowany; to spora wieś Boboszów, której główną ulicą należy iść niemal do samego końca. Tuż przed tabliczką wyznaczającą granice miejscowości szlak skręca w prawo. Czeka nas jeszcze jedno łagodne podejście pod górę. W nagrodę turysta otrzymuje całkiem ładny widok z jednej strony na pola, a z drugiej – na Międzylesie. Po chwili znów byłem na Sikorniku. Stąd już zejście do Międzylesia…

Ale nie prosto na dworzec. Miałem jeszcze trochę czasu do przyjazdu autobusu, więc pokręciłem się po rynku. Międzylesie może się pochwalić między innymi pomnikiem wilka międzyleskiego, a sam deptak w centrum miasteczka wygląda na świeżo wyremontowany.