To czwarty, przedostatni już odcinek z cyklu „Tatry – wrzesień 2016”. Pierwsze trzy części znajdziecie: tu, tu oraz tu. Tym razem opiszę wędrówki z dnia ósmego, dziewiątego i dziesiątego, wspomnę też o samej końcówce. Zapraszam do lektury!

Dzień ósmy – na Starorobociański Wierch z Doliny Kościeliskiej

Odpoczynek (tak po Bożemu, siódmego dnia:) ) bardzo dobrze mi zrobił. Wstałem bardzo wcześnie, szybko zameldowałem się w busie do Kir, a potem na szlaku… Oczywiście normalnie słońce wzeszło już jakiś czas temu, ale nie w samej Dolinie Kościeliskiej, gdzie dopiero nieśmiało wychylało się zza gór:

Bardzo lubię Dolinę Kościeliską, nawet chyba bardziej niż Chochołowską z tego względu, że prócz samego spaceru asfaltówką dostarcza kilka ciekawych alternatyw. Można przejść korytarzami Jaskini Mroźnej, nawiedzić Wąwóz Kraków (są tam nawet łańcuchy na odcinku może jakiegoś metra – dwóch), albo zboczyć w stronę innych jaskiń (które jednak w przeciwieństwie do Jaskini Mroźnej nie są w żaden sposób dostosowane dla mniej wprawionych turystów i bez pomocy kogoś, kto zna drogę oraz oczywiście bez czołówki na pewno bym się tam nie pchał). Tuż przed Halą Ornak można też skręcić w lewo w stronę urokliwie położonego Smreczyńskiego Stawu.

Dodatkowe atrakcje tym razem zignorowałem – odwiedzałem te miejsca rok wcześniej i wszystko miałem jeszcze świeżo w pamięci. Dotarłem zatem do Hali Ornak, gdzie przy schronisku zjadłem drugie śniadanie i dalej w drogę – żółtym szlakiem ku Iwaniackiej Przełęczy. Szlak prowadził wśród drzew zazwyczaj wygodnymi stopniami; czasem widoki się otwierały i można było podziwiać Czerwone Wierchy.

Na Iwaniackiej Przełęczy kolejny odpoczynek i skręt w zielony szlak ku Ornakowi. Wkrótce zresztą wyszedłem z lasu – szlak dalej prowadził granią Siwego Zwornika. Po lewej stronie Dolina Kościeliska, po prawej Starorobociańska Rówień…. tylko właśnie. Pogoda nagle się pogorszyła i przyszła mgła. Rówień w dole niemal w niej tonęła, a mgła dosięgała Starorobociańskiego Wierchu, rozbijając się o jego majestatyczny szczyt.

Tu miałem chwilę zwątpienia, bo ze wszystkich warunków atmosferycznych chyba najmniej lubię mgłę:) Ale ostatecznie się przełamałem, uznając, że w razie czego przecież z Siwej Przełęczy można skręcić w czarny szlak prowadzący ku Starorobociańskiej Równi.

Drugą chwilę zwątpienia miałem przy Kotłach, ale trochę z innego powodu:) Kotły to formacje skalne, które należy przejść w drodze na Siwą Przełęcz. Tylko którędy? Ktoś z nich schodził i krzyknął, że górą nie ma przejścia. Widziałem wydeptaną ścieżkę dołem (nie tylko ja i towarzyszący mi na szlaku turyści mieliśmy problem w tym miejscu;) i próbowałem tamtędy, ale zbocze po kilkunastu krokach zrobiło się nieprzyjemnie nachylone i odpuściłem. Ktoś próbował po kamieniach na zboczu, ale to sam mu krzyknąłem, aby tego nie robił, bo to była chyba najbardziej niebezpieczna opcja. Uwaga praktyczna: Kotły przechodzimy oczywiście górą, czyli tak jak nam krzyczał turysta, aby nie robić:)

Kiedy dotarłem do Siwej Przełęczy, mocniejsze podmuchy wiatru nieco rozgoniły mgłę. Zresztą zapytani turyści, którzy schodzili ze szczytu, powiedzieli, że na górze mgły nie ma, że to tylko z dołu tak wygląda. Zaufałem i bardzo dobrze zrobiłem – mozolna wspinaczka po stromym szlaku nagrodzona została zdobyciem najwyższego szczytu Tatr Zachodnich.

Nie posiedziałem na nim jednak zbyt długo. Nawet na turystyczny lunch złożony z kanapki się nie zdecydowałem, bo wiało coraz mocniej. Dłuższy odpoczynek zrobiłem dopiero na Starorobociańskiej Przełęczy:

Stąd już zejście ku niższym szczytom: Kończystemu i Trzydniowiańskiemu Wierchowi, skąd są piękne widoki również na Dolinę Chochołowską. Uwaga praktyczna: to była jedna z najciekawszych i najbardziej urozmaiconych wędrówek podczas urlopu obfitującego przecież we wspaniałe widoki, natomiast następnym razem zrobię tę trasę od drugiej strony. Zwłaszcza zejście z Trzydniowiańskiego było stosunkowo ostre, a jak pisałem już wcześniej – ja wolę mocne wejścia i łagodne, nawet długie zejścia.

Szlak z Trzydniowiańskiego poprowadził idealnie do drogi ku parkingowi na Siwej Polanie, skąd bus zabrał mnie do Zakopanego.

Trasa: mapa-turystyczna.pl.

Dzień dziewiąty – na Szpiglasową Przełęcz i Szpiglasowy Wierch znad Doliny Pięciu Stawów

Po Zawracie i Rysach mój apetyt na łańcuchy wcale nie osłabł i choć miałem dużą ochotę na Giewont, to jednak zdecydowałem się na Szpiglas. Z dwóch powodów. Po pierwsze, chciałem zobaczyć raz jeszcze Dolinę Pięciu Stawów. A po drugie, na Szpiglasie (jak zresztą na tak wielu innych szczytach zdobytych podczas wyjazdu…) jeszcze nie byłem.

Bus z Zakopanego zabrał mnie do Palenicy Białczańskiej. Uświadomiłem sobie, że to już trzeci raz, kiedy zawitałem podczas urlopu na tę chyba najsłynniejszą asfaltówkę w polskich Tatrach:) A jeszcze rok temu Morskie Oko było dla mnie celem samo w sobie… Wkrótce za Wodogrzmotami Mickiewicza skręt w szlak prowadzący przez Dolinę Roztoki ku Dolinie Pięciu Stawów, którą osiągnąłem po niezbyt męczącym spacerze wśród drzew.

A w dolinie… mała (i niezbyt przyjemna;) niespodzianka. Wiatr, który w Zakopanem nie był zbyt dokuczliwy, tutaj przenikał wcale nieprzewiewną bluzę, a na niebie pojawiło się trochę chmur – zwiastuni tego, co miało nastąpić następnego dnia. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Po krótkim odpoczynku niebieskim szlakiem prowadzącym wzdłuż Wielkiego Stawu poszedłem dalej, z lekkim bólem serca zignorowałem skręt ku Koziemu Wierchowi (czarny szlak prowadzący na ten najwyższy leżący wyłącznie w Polsce szczyt jest ponoć najłatwiejszy), a następnie skierowałem się w lewo żółtymi znakami. Krajobraz zmienił się w surowy i skalisty jakby rodem z Mordoru:) Warto ze szlaku obejrzeć się chociażby do boku, zobaczyć wtedy można w całej okazałości ogrom Wielkiego Stawu majaczące się w oddali schronisko w Dolinie Pięciu Stawów.

Łańcuchy zaczęły się niemal pod samą przełęczą. Uwaga praktyczna: szlak ten poleca się nawet początkującym turystom, którzy chcą zapoznać się ze specyfiką wspinaczki ze sztucznymi zabezpieczeniami. Odcinek zabezpieczony łańcuchami jest krótki i w większości takie dodatki nawet nie byłyby potrzebne – ale skoro już są, to bez sensu z nich nie skorzystać:) Po chwilowych zmaganiach z żelastwem byłem już na Szpiglasowej Przełęczy. Na szczyt prowadzi stąd krótki szlak i warto się jeszcze dodatkowo zmęczyć, bo rozciąga się tutaj piękna panorama: Świnica, Kozi Wierch, Mięguszowieckie Szczyty, Słowacja… Niestety miałem trochę pecha do mgły, bo i tu zaczęła nachodzić.

Zszedłem ku Szpiglasowej Przełęczy i dalej w dół do Doliny za Mnichem. Warto tu obejrzeć się do góry – szczyt Mnicha faktycznie może skojarzyć się z twarzą zakonnika w kapturze – lub za siebie, gdzie Wrota Chałbińskiego przypominają portal.

Dalej Ceprostrada poprowadziła mnie brzegiem Morskiego Oka. Przy schronisku ostatni postój i powrót asfaltówką do Palenicy Białczańskiej.

Trasa: mapa-turystyczna.pl.

Dzień dziesiąty: na Lubomierz z Lubienia

Załamanie pogody, które od dwóch dni zwiastowały mgły i chmury, w końcu przyszło. Wiedziałem, że w Zakopanem będzie paskudnie, wybrałem się więc Szwagropolem do Lubienia, skąd zdecydowałem się zdobyć Lubomir. Szczyt ten został przez twórców Korony Gór Polski zaliczony do Beskidu Makowskiego, chociaż wyczytałem gdzieś, że tak naprawdę leży on w Beskidzie Wyspowym, a najwyższym szczytem Beskidu Makowskiego jest Mędralowa. Przynależność Lubomira do Beskidu Wyspowego zdradza zresztą krajobraz: pojedyncze, rozrzucone masywy niewysokich gór.

Podejście na Lubomir jest długie i po tatrzańskich widokach wydaje się monotonne. Cały czas prowadzi przez las. Normalnie pewnie i tak by mi się podobało, ale kompletny brak innych turystów (pierwszych zobaczyłem dopiero w okolicach Trzech Kopców) oraz nasilający się deszcz, który w końcu przybrał rozmiary prawdziwej ulewy sprawiły, że tę wycieczkę zapamiętałem jako mało przyjemną. Jedyne widoki były dopiero niemal pod samym szczytem; można było usiąść na ławeczce, zjeść kanapkę (co też zrobiłem mimo naprawdę solidnego deszczu) i popatrzeć na inny ze szczytów pasma. Jeśli ktoś będzie mógł mi podpowiedzieć, co to za góra, to byłbym wdzięczny🙂

Na szczycie Lubomira znajduje się obserwatorium astronomiczne. Chwila odpoczynku i czerwonym szlakiem po własnych śladach w stronę Schroniska na Kudłaczach. Tutaj deszcz zwodniczo niemal przestał padać, zamiast więc zejść krótszym, czarnym szlakiem, ja wybrałem czerwony… i w okolicach Działka bardzo boleśnie podkręciłem kostkę. Na prostej drodze, ba! na asfalcie odezwało się moje nawykowe skręcanie stawów skokowych. Jedyny plus mojej dolegliwości jest taki, że po każdym podkręceniu stosunkowo szybko dochodzę do siebie. Tutaj też nie kalkulowałem; skręciłem z czerwonego szlaku w żółty prowadzący do Pcimia. Z rodzinnej miejscowości mojej Babci już asfaltem jakieś sześć kilometrów do Lubienia, skąd niezawodny Szwagropol zabrał mnie do Zakopanego.

Trasa: mapa-turystyczna.pl plus jakieś sześć kilometrów z Pcimia do Lubienia.

Dzień jedenasty i dwunasty – ostatnie podrygi:)

Deszcz na szczęście już zdecydowanie zelżał, ale nad Tatrami zalegała duża mgła. Zastanawiałem się jeszcze, czy gdzieś nie pójść (może Regle, może śmignąć gdzieś busem?), ale podkręcona kostka w zasadzie dopiero teraz zaczęła boleć. Ostatecznie leniuchowałem pod śpiworem tyle, ile mogłem, a potem pokuśtykałem do Krzeptówek na niedzielną mszę świętą.

Podczas nienajlepszej pogody Zakopane smutnieje, ale to nie znaczy, że nie ma tu co robić. Można zwiedzić liczne zabytki tradycyjnej zakopiańskiej architektury drewnianej, stary kościół i cmentarz Na Pęksowym Brzyzku, gdzie pochowani są przede wszystkim ludzie zasłużeni dla Tatr i Podhala (np. Kornel Makuszyński, Tytus Chałubiński, Kazimierz Przerwa – Tetmajer i inni). Można to podziwiać, zmierzając z centrum ku sanktuarium na Krzeptówkach, poświęconemu świętemu Janowi Pawłowi II.

Po mszy trochę pochodziłem jeszcze po mieście, a potem wróciłem na pole namiotowe. Następny dzień to już pakowanie się i powrót Polskim Busem do Wrocławia.