Po dłuższej przerwie aura w końcu zaczęła sprzyjać rowerzystom. Na piękną i ciepłą sobotę wybrałem wycieczkę do Wojnowic. Trasę doskonale znam, bywam tam co roku i mam do niej duży sentyment. Wydawała mi się ona też znakomitym wyborem, biorąc pod uwagę fakt, że ledwie dzień wcześniej zostałem honorowym dawcą krwi. Nie mogłem być pewny, czy osłabienie organizmu jeszcze mnie nie dopadnie, a podczas tej wycieczki jest wiele miejsc, skąd można wrócić komunikacją zbiorową.

Na rowerze do Wojnowic

Wycieczkę zacząć można w okolicach wrocławskiego Stadionu Miejskiego. Ja zanim dojechałem do tego umownego początku, miałem w nogach już jakieś 20 kilometrów; chyba ciężko o jakiejś bardziej od mojego Zakrzowa oddalone we Wrocławiu osiedla niż Stabłowice, Leśnica i Maślice.

Spod stadionu kierowałem się dalej ulicą Kosmonautów. Ładna, szeroka droga rowerowa zapewnia komfort jazdy praktycznie pod samą Leśnicę, gdzie niestety trzeba już współdzielić jezdnię z kierowcami. Leśnica podobnie jak Psie Pole niegdyś była osobnym miastem, co znajduje odzwierciedlenie w zabudowie zabytkowych kamienic. Najważniejszym zabytkiem jest jednak zamek, którego historia sięga XII wieku. Streszczać nie będę, od tego jest wikipedia🙂 W każdym razie polecam spacer po parku albo uczestnictwo w wydarzeniach kulturalnych, które często się odbywają w Centrum Kultury Zamek.

Potem niestety trzeba się kierować drogą krajową. Ale na szczęście krótko, a i tak przez większość w terenie zabudowanym, niemniej szczególna ostrożność wskazana. Zwłaszcza że my, rowerzyści, na drogach krajowych jesteśmy tylko gośćmi, a i to niechcianymi.

W Krępicach przy stacji benzynowej skręciłem w prawo. Przez Krępice i Mrozów – zwłaszcza w tej drugiej miejscowości asfalt jest bardzo ładny, dodatkowo lekko pofałdowany teren pozwala dobrze się rozpędzić. Ale zamiast przemykać przez Mrozów, warto rozejrzeć się po jego zabytkach. Przy kościele znajduje się na przykład ładny XVIII – wieczny, w którym obecnie działa zakład opiekuńczy.

Z Mrozowa wszystkie znaki (no dobra, przesadziłem, ale na drogowskazy można się natknąć co rusz) wskazują na Wojnowice. To już niedaleko, może z półtora kilometra. Po lekkim podjeździe nagrodzony zostałem szybkim zjazdem w dół, przy czym zaraz trzeba było hamować, bo zaraz przy początku miejscowości znajduje się wjazd na teren słynnego zamku na wodzie.

Gdzieś kiedyś znalazłem info, że gdyby wypompować wodę z fosy otaczającej zamek, to ten by runął. Nie wiem, czy to jest prawda, czy legenda (m)wiejska, natomiast nie da się ukryć, że zameczek i otaczający go park prezentują się bardzo malowniczo. Zresztą co tu dużo mówić – więcej opowie ta mała sesja zdjęciowa:

I powrót do Wrocławia

Stąd wracałem podwrocławskimi miejscowościami. Droga na pewno nie pozwalała się nudzić, a to wskutek bardzo różnorodnej nawierzchni, z naciskiem jednak na tę mocno dziurawą:) Jakość drogi poprawiła się tak naprawdę dopiero po wjeździe na drogę numer 336 w Brzezince Średzkiej, a i to nie od razu. W międzyczasie natomiast miałem okazję zobaczyć jeszcze jeden pałac tego dnia – w Wilkostowie, niestety tylko przez kraty w bramie.

Z Brzezinki Średzkiej przez Pisarzowice i Wilkszyn do wrocławskich Marszowic i do stadionu (choć trochę naokoło, bo rozpoczynał się akurat bieg).

Miałem w nogach już jakieś 65 – 70 kilometrów, ale ponieważ wracałem i tak przez Milenijną, to stwierdziłem, że zahaczę o Las Osobowicki i Las Rędzyński. Taki powrót na Zakrzów to prawie jak jechać nad morze przez Kraków:) Oba wrocławskie lasy bardzo lubię, większość drogi do niej można przejechać ładnie zrobioną trasą po nadodrzańskich wałach, są tam wytyczone ścieżki dla spacerowiczów i rowerzystów. Las Osobowicki częściowo położony jest na dwóch wzgórzach: Kaplicznym i Szwedzkim Szańcu. Na obu znaleziono ślady grodzisk sprzed niebagatelnych 2,5 tysiąca lat!

Mapa przedstawia przyjemną 35 – kilometrową pętelkę, chociaż ja wykręciłem około 90 kilometrów.