Skąd wyrównywanie rachunków? Ponieważ częściowo trasę tę robiłem dwa lata temu. Była to jedna z pierwszych samotnych wycieczek w Sudety i wtedy dramatycznie się pogubiłem. Jak było tym razem? Zapraszam do lektury.

Wzgórze Gedymina i Sas

Tak upalnej pogody się nie spodziewałem! To znaczy – wiedziałem, że będzie ciepło, ale aż tak? Kiedy pokonywałem pierwsze metry pod górę ulicą Żeromskiego, którą prowadził niebieski szlak, już zaczynało mi być gorąco. Ale dobrze – mogłem przystanąć i podziwiać nieodległe wyższe partie Gór Wałbrzyskich.

Dalej na Górę Parkową, nazywaną także Wzgórzem Gedymina. Na wzgórzu tym pozostało wiele świadectw niegdysiejszej świetności tego miejsca. Ja początkowo wziąłem je za bunkry, okazuje się jednak, że to pozostałości wieży widokowej i restauracji. Więcej info tutaj. Mnie pozostało zrobienie zdjęcia tego, co pozostało:

Z Góry Parkowej zszedłem ku Szczawna Zdrój; szlak poprowadził na wskroś przez park zdrojowy:

Tu zaczął się najmniej przyjemny etap wędrówki. Opuściłem szlak niebieski na rzecz żółto-niebieskiego (nie wiem, czy kiedyś się spotkałem z podobnym oznaczeniem), który poprowadził mnie (długim odcinkiem wzdłuż dróg wojewódzkich 375 i 376) do Strugi.

Widoczki ze szlaku – ładnie prezentuje się Chełmiec

Tu przez chwilę niebieskim szlakiem, znalazłem miejsce, w którym będę odbijał w górę ku Trójgarbowi, mnie jednak zależało jeszcze na zdobyciu Sasa.

I tym razem przydał się jeden z moich ulubionych blogów. To znaczy – łatwiejszej trasy, o której wspominają Andżelika i Mateusz, znaleźć mi się nie udało, pozostała mi mozolna wspinaczka pod górę. Z każdym metrem, w którego przejściu pomagałem sobie, chwytając za drzewa i gałęzie, zastanawiałem się – jak będzie wyglądało zejście?

Pod górę – tu jeszcze wygląda zwodniczo łagodnie

Rozważania te musiałem jednak zostawić na później, bo najpierw skupiłem się na tym, aby nie zejść… z tego świata🙂

Po uspokojeniu oddechu ruszyłem dalej w poszukiwaniu oznaczenia szczytu. Nie ma, nie ma… jest! Na drzewie zaraz w momencie, kiedy z podszczytowej polanki otwiera się widok na szczyty Gór Wałbrzyskich:

Na szczycie Sasa

Widok z polanki – w dole droga na Strugę, Szczawno i Wałbrzych

I tu dylemat: ryzykować zejście stromym zboczem, szukać innej drogi… a może zejść przez polankę? Droga wyglądała na bardzo łagodną i taka też była, ale poniewczasie zorientowałem się, że mogłem wejść na czyjeś pole. Zdobywanie Sasa w ten sposób pozostawiam więc sumieniu.

I dalej na Trójgarb ze Strugi

Szczerze przyznam – trochę się obawiałem tej trasy. Miałem bowiem w pamięci to zgubienie się dwa lata temu… Ale lubię się mierzyć powtórnie ze szlakami, które za pierwszym razem mnie przerosły, więc ochoczo ruszyłem pod górę.

I bardzo dobrze. Góry Wałbrzyskie przeszedłem niemal całe (zostały mi już tylko pojedyncze szlaki dojściowe na Borową i Chełmiec), ale myślę, że odcinek niebieskiego szlaku ze Strugi na Węgielnik należy do jednych z bardziej widokowych w całym paśmie. Rywalizować może pewnie tylko z panoramami z wież widokowych. Zresztą zobaczcie sami:

To Sas

Chełmiec

Z polanki pod szczytem Węgielnika

Jak wyżej:)

Na Węgielniku jest miejsce na grilla, gdzie można odpocząć przed dalszą wędrówką. A oddech warto złapać… Kolejne kilometry to: raz schodzenie w dół, potem znowu podchodzenie pod górę. Wszystko w pięknym lesie. Dawno udało mi się zlokalizować miejsce, gdzie dwa lata temu się zgubiłem, ale wciąż nie mogłem odpowiedzieć sobie na pytanie: jak to się stało? Albo od tego czasu przybyło oznaczeń, albo (co bardziej prawdopodobne) ja zrobiłem się bardziej ogarnięty.

W każdym razie po dłuższej samotnej wędrówce dotarłem do Lubomińskiego Siodła, gdzie łączą się ze sobą szlaki: mój niebieski oraz żółty i zielony z Lubomina, prowadzące na szczyt Trójgarbu. To znak, że na wierzchołek zostało już raptem 20 minut dosyć mozolnego spaceru pod górę. Tutaj też spotkałem pierwszych współturystów na szlaku.

No i jest Trójgarb! Jest też… zapowiedź pierwszej wiosennej burzy, bo wiatr przywiał w końcu gęste granatowe chmury i odgłosy niedalekich piorunów.

Cóż, znam powiedzenie, że jak ktoś nie przeżył burzy w górach, to niczego nie przeżył i niczego nie widział (albo sam je wymyśliłem, nie pamiętam:) ), ale bez przesady. Nie będę czekał, aż chwiejna burzowa równowaga runie na ziemię w postaci deszczu i innych atrakcji. Po krótkim odpoczynku i kontemplacji dosyć ograniczonych widoków rozciągających się z zalesionego szczytu pożegnałem współturystów i ruszyłem dalej. Przez chwilę wszystkie trzy szlaki prowadziły zgodnie; jako pierwszy wyłamał się mój niebieski, którym miałem zejść do Witkowa. Niedaleko od szczytu znajduje się niewielki punkt widokowy, skąd można między innymi podziwiać Karkonosze – te jednakże ukryły się przede mną w chmurach.

Dalej ostro w dół. Wysokość traciłem bardzo szybko, aż żałowałem, bo wyglądało na to, że wiatr jednak chmury przegonił… ale nie żałowałem długo, bo wkrótce po dotarciu do drogi asfaltowej ściemniło się i zaczęło grzmieć częściej, a na strudzonego wędrowca (czyli mnie) co jakiś czas padał deszcz z gradem. W przerwach między atmosferyczną ofensywą udało mi się jednak porobić jeszcze parę zdjęć, między innymi samego Trójgarbu:

Oraz sympatycznego stadioniku Iskry Witków na tle pobliskich wzgórz (aż sprawdziłem z ciekawości – Iskra to wojownicy z A-klasy, trzymam kciuki:) )

Stąd już na dworzec i powrót do Wrocławia.

Trasa: