Tak straszono i straszono pogodą w ten weekend majowy… Koniec końców nie było wcale źle, chociaż z uwagi na duże błocko cieszę się, że ostatecznie nie zdecydowałem się na nocowanie pod namiotem. Zrealizowana alternatywa i tak mi się podobała, chociaż plany powstawały nawet w trakcie wycieczki. Oto krótka relacja z pierwszego dnia – 29 kwietnia.

Już kilkakrotnie odwiedzałem w tym roku Góry Kamienne. Tym razem padło na Ruprechticki Szpicak – szczyt graniczny, który nie doczekał się polskiej nazwy.

Wycieczka zaczęła się w stolicy Gór Kamiennych – Sokołowsku. Dochodząc do czarnego szlaku, który doprowadzić mnie miał do Przełęczy Sokołowskiej, minąłem między innymi malutką cerkiew:

Nie trzeba jechać na wschód Polski, aby zobaczyć takie widoki:)

W momencie wejścia na czarny szlak okazało się, ile śniegu leży jeszcze w górach. Lepiej to było widać jeszcze z wejścia z przełęczy na zielony szlak, który miał doprowadzić do Ruprechtickiego:

W tym momencie zaczął padać deszcz, przydały się już raczki, które po zimie musiałem ponownie przeprosić.

Podejście nie jest strome (jeszcze), za to między drzewami pojawiają się pierwsze widoki, między innymi na Waligórę:

Zielony szlak łagodnie prowadził do Przełęczy pod Granicznikiem – aż nie mogłem uwierzyć, że to te same Góry Kamienne, które dały mi w kość podczas poprzednich wycieczek:) Wkrótce pod połączeniu się zielonych znaków z niebieskimi prowadzącymi od czeskiej strony okazało się jednak, że Szpicak też może utrudnić turyście życie:) Podejście nie jest wprawdzie tak ostre jak na Waligórę czy na Lesistą, ale również może dać w kość – zwłaszcza w warunkach zimowych panujących pod koniec kwietnia w Sudetach:

Ostatnie ostrzejsze podejście… i otwierają się widoki ze szczytu Spicaka:

Ale znakomita panorama rozciąga się dopiero z wieży widokowej. Mimo zalegającej na horyzoncie mgły można było zobaczyć:

  • Góry Bystrzyckie, Orlickie i Rychlebskie Hory po czeskiej stronie

  • Góry Sowie

  • Góry Suche

  • i gdzieś tam powinny być też Karkonosze (trzeba wierzyć na słowo:)

Po krótkim odpoczynku rozpocząłem zejście, które od tej strony okazało się łagodniejsze. Co jakiś czas między drzewami można było podziwiać krajobrazy pobliskich szczytów:

Znaki zielone i niebieskie niemal cały czas szły obok siebie, z rzadka jedynie się rozłączając – wówczas starałem się trzymać się zielonego szlaku. Tym samym zdobyłem w międzyczasie chociażby… Kościelec:) Jeśli ktoś ma wątpliwości, że Góry Kamienne to sudeckie Tatry, to nazwa tego szczytu powinna je rozwiać.

Raz z ciekawości zszedłem ze szlaku. Wiem, że niedawno przestrzegałem przed podobnym zachowaniem, ale to było raptem kilkanaście metrów, a widoki z nieoznakowanego na mojej mapie szczytu były tego warte:

W pewnym momencie też moja trasa skrzyżowała się z rodziną dzików, które akurat żerowały. Stanąłem jak wryty, one też, ja patrzę się na nie, one na mnie. Przypomniałem sobie wtedy wszystko, co czytałem na temat spotkania z dzikimi zwierzętami… i zacząłem śpiewać. One wtedy uciekły – to był chyba najlepszy feedback na temat mojego wokalu:)

Zielonym szlakiem doszedłem do Przełęczy pod Czarnochem, skąd żółty szlak poprowadził mnie do Głuszycy Górnej.

Trasa: mapa-turystyczna.pl