W tym wpisie opiszę kolejną wycieczkę podczas majówki. Planowałem coś zupełnie innego i mimo przygód byłem koniec końców usatysfakcjonowany, chociaż spacer na Róg w Zaworach potoczył się bardzo dziwnie.

Prawo Murphy’ego działa, ale Róg zdobyty

Jak można wyczytać na jednym z moich ulubionych blogów – nadrzędne prawo Murphy’ego (czyli jak coś ma pójść nie tak, to na pewno nie pójdzie) może dotknąć również turystę. Od ostatniego weekendu kwietnia miała zostać uruchomiona linia Kolei Dolnośląskich do Lubawki. Planowałem więc Góry Krucze, co oznaczałoby przesiadkę w Sędzisławie. Miałem na przesiadkę kilkadziesiąt minut, co wydawało wystarczające. Ale czy pociąg może stać w szczerym polu przez dobre półtorej godziny? Otóż może. Trzeba było zmodyfikować plany, więc wybrałem Zawory.

Zawory to północno-zachodnia część Gór Stołowych, wśród turystów, którzy kojarzą głównie Szczeliniec i Błędne Skały, chyba trochę zapomniane. Widać to było na szlaku – uprzedzając fakty, to od momentu wyjścia z miejscowości nie spotkałem nikogo (chociaż w moim przypadku to akurat standard). Najwyższym szczytem Zaworów jest Róg, należący do Diademu Gór Polskich.

Aby tam dojechać, w Wałbrzychu przesiadłem się na autobus miejski, który kursuje do Mezimesti i wysiadłem w Mieroszowie. Mieroszów to małe miasto, ładnie położone w kotlinie, a wokół niego rozciągają się różne pasma należącego do Sudetów Wałbrzyskich.

I tu po raz drugi odezwało się prawo Murphy’ego. Bo czy można się totalnie pogubić? Otóż można, chociaż początek w ogóle nie zapowiadał takich problemów. Szlak w Mieroszowie, Różanej i Łącznej był znakomicie oznakowany, chociaż prowadził cały czas drogą asfaltową. Kawałek za Różaną warto zejść na chwilę ze szlaku, aby zobaczyć Zbójeckie Skały. W położonej obok wiacie zjadłem drugie śniadanie i poszedłem dalej.

W Łącznej szlak schodzi w końcu w drogi asfaltowej. Tutaj widać znakomicie, że Zawory należą do Gór Stołowych:

Droga prowadzi z jednej strony lasem, z drugiej są między innymi takie polany:

I od tego momentu zaczęły się schody. Oznakowania albo zupełnie giną, albo są bardzo niejasne, a do tego szlaki łączą się z drogami do wyrębu drzewa. W każdym razie:

  • kiedy dochodzimy do pierwszej drogi do wyrębu drzewa, należy iść prosto brzegiem lasu (nie skręcać! Jest oznaczenie szlaku, ale zasłonięte przez gałęzie i łatwo je ominąć);
  • przy wieży myśliwskiej należy skręcić w prawo i zejść w dół;
  • a następnie skręcić w lewo w wygodną szeroką ścieżkę.

To będzie ta trasa, chociaż kolejne oznakowania pojawią się dopiero za jakieś pięć, dziesięć minut:) W każdym razie już kilka razy zdążyłem zwątpić, czy na pewno dobrze idę.

I tak będzie praktycznie do samego końca. Tak dziwacznie oznakowanym szlakiem jeszcze chyba nie szedłem: dwa – trzy drzewa obok siebie oznakowane, a potem długo nic. I byłoby może jeszcze nie najgorzej, gdyby nie fakt, że szlak łączył się wielokrotnie z drogami do wyrębu drewna.

Szlak prowadził głównie lasem i lekko pod górkę, ale od czasu do czasu otwierały się widoki – na przykład na Wzgórza Krzeszowskie. Dla tych widoków warto było pójść w Zawory:

Kiedy droga się „spłaszcza”, to okazuje się, że na Róg zostało już niewiele. Szczyt nie jest oznakowany żadną tabliczką – o tym, że zdobyliśmy najwyższy szczyt Zaworów, informuje skrzyżowanie szlaków. Warto odejść kawałek dalej, aby ze zbocza podziwiać fajne widoki na Chełmsko Śląskie, Góry Krucze, a dalej też Karkonosze.

 

I tutaj znowu odezwało się prawo Murphy’ego. Chciałem pójść czerwonym szlakiem w stronę przełęczy Strażnicze Naroże, aby potem żółtym szlakiem wrócić do Łącznej. Ale gdzieś źle skręciłem w jedną z dróg do wyrębu drzewa. Zorientowałem się po dobrych kilku minutach i na azymut dotarłem do niebieskiego szlaku, którym wróciłem do Łącznej.

Generalnie wróciłem tą samą trasą, której szedłem – lubię jednak inne rozwiązania, ale oznakowania były tak dziwne, że koniec końców zdecydowałem się w ten sposób. Niemniej jednak w Mieroszowie po raz ostatni (na szczęście) tego dnia odezwało się prawo Murphy’ego. Bo czy można stanąć na nie tym przystanku co trzeba? Otóż można. I w efekcie zamiast czekać piętnaście minut na busa do Wałbrzycha, czekałem godzinę piętnaście:)

Mimo takich przeżyć wycieczka była całkiem udana. A i kolejny szczyt w Diademie zdobyty:)

Trasa: z grubsza coś takiego mapa-turystyczna.pl, chociaż powrót nie do końca tak wyglądał:)