Cześć! Jestem Jacek, miłośnik podróży po Polsce:)

Rower, góry, siłownia – odkąd pamiętam, uwielbiałem te formy aktywności fizycznej. Ale pewnie to znacie (z doświadczenia własnego lub swoich bliskich) – obowiązki zawodowe i inne troski sprawiły, że bardzo mocno to zaniedbałem. Ponadto zaczęło się kiepskie odżywianie, wieczorne piwkowanie i zachcianki typu: „jest dwudziesta, ale mam ochotę na krówki, lecę do Żabki”. Wiele osób mówiło mi wprost, że jestem już trochę za gruby i że wypadałoby trochę zrzucić, ale ja sobie wmawiałem, że wcale nie, że dobrze się czuję i nic nie zamierzam zmieniać.

Wszystko zmieniło się we wrześniu 2015 roku. Pojechałem w Tatry (po kilkuletniej przerwie, co w samo w sobie jest znamienne), ale podczas dziesięciodniowego pobytu świata nie zwojowałem. Giewont, Kasprowy i Grześ to maks, na co było mnie stać. Wróciłem z masakrycznie zjechanymi kolanami, a dwa dni po powrocie zagrałem w piłkę z kolegami… i w niegroźnym starciu skręciłem staw kolanowy.

Wtedy nastąpiło przebudzenie. Nie miałem wprawdzie dużej nadwagi, ale

wejście na Rysy

Ukoronowanie moich wysiłków – wejście na Rysy

jednak te kilka kilogramów mocno przeszkadzały mi w prowadzeniu takiego trybu życia, za jakim kiedyś przepadałem. Dlatego wziąłem się za siebie. Pierwszym krokiem było oczyszczenie organizmu; nie przeszedłem wprawdzie całej kuracji cytrynowej Tombaka, ale to, co zrobiłem, już dużo mi dało. Lepiej się czułem, miałem więcej ochoty do ruchu; zacząłem na przykład jeździć rowerem po pracy. Z początku chociaż te pół godziny, czterdzieści pięć minut, potem coraz więcej, aż przerzuciłem się z komunikacji miejskiej na rower przy dojeździe do pracy. Do tego doszły coraz większe dystanse pokonywane w weekendy. Zdarzało się, że tygodniowo potrafiłem wyjeździć 220-250 km.

Zacząłem też zdobywać Koronę Gór Polski. Zacząłem od niższych szczytów w Sudetach, ale ukoronowaniem 2016 roku było zdobycie Rys podczas wrześniowego wyjazdu. Ważyłem wtedy już dobre 8 – 10 kg mniej niż rok wcześniej. Komuś by mogło się wydawać to niewiele jak na rok pracy nad sobą, ale tyle właśnie potrzebowałem, aby ważyć odpowiednio do swojego wzrostu. Nogi same mnie niosły; nie miałem na przykład problemu z uczestniczeniem w pielgrzymce z Wrocławia na Jasną Górę, chociaż jeszcze niedawno pokonanie tych 220 km wydawałoby się dla mnie wyczynem nie do zrealizowania.

Może trochę przesadzam, ale mam uczucie, że odzyskałem panowanie nad swoim życiem (poleciało trochę tekstem z reklamy, prawda?:). Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, to słowami Ojca Świętego chciałbym Was zachęcić, żebyście wstali z kanapy. Życie jest zbyt piękne, aby je spędzić na leżance🙂