Plany na ten rok w Tatrach były konkretne. Po pierwsze: przejść przynajmniej fragment Orlej Perci, co się udało (relacja tutaj). Po drugie: jak co roku wejść na Rysy. To także się powiodło. Po trzecie: zakosztować nieco Tatr Słowackich. Dzień po zdobyciu Rysów zrobiłem sobie odpoczynek w tym sensie, że przetransportowałem się na Słowację do Tatrzańskiej Łomnicy, by kolejnego dnia spróbować swoich sił z narodową górą naszych południowych sąsiadów. Wybrałem klasyczne wejście na Krywań: od strony Szczyrbskiego Jeziora.

Znad Szczyrbskiego Jeziora na Krywań

Tatrzańska kolej elektriczka wysadziła mnie na stacji Strbske Pleso. Stąd prowadzi między innymi słowacki wariant wejścia na Rysy – zdecydowanie łatwiejszy od tego po polskiej stronie:

Ze stacji jest rzut beretem nad samo Szczyrbskie Jezioro, ponoć jedno z najpiękniejszych w całym Tatrach. Nie widziałem wszystkich jezior oczywiście, ale z tych, co miałem przyjemność (a było ich trochę) – no to Szczyrbskie faktycznie plasuje się wysoko w rankingu 🙂

Znad Szczyrbskiego Jeziora długi odcinek szlaku niemalże zupełnie płasko szerokim i wygodnym szlakiem:

Jak widzicie, zaczęła zachodzić mgła. Ogólnie początek wycieczki miałem piękny i słoneczny, ale chmury kazały mi się do ładnej pogody nie przyzwyczajać za bardzo. W pobliżu Jamskiego Jeziora w ogóle zrobiło się bardzo mglisto:

Znad Jamskiego Jeziora musiałem się cofnąć kilkanaście – kilkadziesiąt metrów ku niebieskiemu szlakowi prowadzącemu na Krywań. Tu już skończyła się zabawa, a zaczęło żmudne pokonywanie wysokości:

Jak przekroczyłem linię drzew, dane mi było podziwiać inwersję termiczną – zjawisko, o którym czytałem, którego zdjęcia widziałem, i o którym marzyłem:

To wygląda jak morze chmur, z których wyłania się pojedyncza wyspa

Ponad kosodrzewiną zobaczyłem również szczyty otaczające Krywań:

Tu inwersja jeszcze lepiej widoczna:

Krajobraz powoli zaczął nabierać charakteru Tatr Wysokich:

A znad Krywania napływało coraz więcej ciemnym chmur. Tutaj na przykład powinien być widoczny szlak prowadzący z Trzech Studniczek – ale widoczny nie jest 🙂

A tutaj: Krywań, który w chmurach schował się zupełnie:

Zaczęło również kropić – deszcz z mniejszym lub większym natężeniem towarzyszył mi już do końca wycieczki.

Szlak z Krywańskiego Żlebu na Mały Krywań prowadzi momentami ostro pod górę po kamieniach, które przy tej pogodzie były dosyć śliskie. Wytyczony szlak jest momentami dosyć słabo widoczny:

Ale przynajmniej jest:) Bo z Małego Krywania już na sam Krywań panuje wolna amerykanka – jak komu wygodnie 🙂 Sprawy nie ułatwiają śliskie w deszczu kamienie i brak jakichkolwiek ułatwień, chociaż silne ręce i tak się przydadzą chociażby do chwytania kamieni. Zgadzam się z serwisem natatry.pl – to ostatnie podejście jest trudniejsze od Rysów albo Koziego Wierchu (do którego też bywa porównywane). W paru miejscach przydałoby się kilka metrów łańcucha, co nie zmienia faktu, że oczywiście bawiłem się przednio:

To garść zdjęć z ataku szczytowego:

Widok z Małego Krywania

Rzadki moment, kiedy mgła na chwilę odpuściła – widać wspinających się ludzi

Tabliczka na szczycie

I krzyż – zza niego powinno być widać cały świat, niestety ja otrzymałem to, co widać na załączonym obrazku:)

Jeszcze ostatnia fotka ze szczytu i pora schodzić – nie ma co moknąć we mgle 🙂

I z powrotem nad Szczyrbskie Jezioro

Wracałem tą samą trasą – początkowo planowałem zejście ku Trzem Studniczkom, ale zachowanie ostrożności na śliskich kamieniach sprawiło, że zmarnotrawiłem sporo czasu, którego powoli zaczynało mi brakować, jeśli chciałem (a chciałem:) ) zdążyć na ostatni kurs elektriczki do Tatrzańskiej Łomnicy. Mgła od czasu do czasu ustępowała pola, dając nadzieję, że w zejściu pozachwycam się jeszcze widokami:

Ale to niestety było chwilowe. W obfitym deszczu i sporej mgle wróciłem po własnych śladach nad Szczyrbskie Jezioro, które żegnało mnie w taki sposób:

Wycieczka oczywiście super, natomiast czuję pewien niedosyt, bo widoki z Krywania ponoć nieprzeciętne. Mam nadzieję, że następnym razem będę miał więcej szczęścia:)

Trasa: