Po pokonaniu dużych przewyższeń poprzedniego dnia, 31 grudnia wybrałem się na Szyndzielnię i na Klimczoka. Trasa (jakby wynikało z profilu na Mapie Turystycznej) w teorii miała być łagodniejsza, jednakże znacznie dłuższa. Okazało się też post factum, że przewyższeń pokonałem nawet więcej niż podczas wycieczki na Skrzyczne.

Najpierw na Szyndzielnię

Ale zanim wszedłem na Klimczoka, należało wejść na Szyndzielnię. Jako start wybrałem przystanek „Szyndzielnia”, gdzie dowiózł mnie autobus miejski linii 8, odjeżdżający spod dworca PKS. Po krótkim podejściu zielonym szlakiem trafiłem pod drzwi schroniska „Dębowiec”, skąd odchodzi kilka szlaków na Szyndzielnię.

Wszystkie są mniej więcej tej samej długości. Ja zdecydowałem się na czerwony, uznając, że może on być bardziej widokowy od zielonego, który trawestuje zbocze masywu, i łagodniejszy od niebieskiego. Normalnie stromych szlaków się nie boję, ale po pierwsze primo – Skrzyczne trochę dało w nogi, a po drugie primo – wieczorem poprzedniego dnia nastąpiło ocieplenie, w nocy przyszedł niewielki przymrozek i szlaki były trochę śliskie.

Co do widokowości szlaków to nie mam porównania oczywiście, ale z wyboru czerwonego szlaku byłem więcej niż zadowolony. Praktycznie przez całą długość szlaku miałem ładny widok na Dolinę Wapienicy, na Szyndzielnię przed sobą oraz na Bielsko i Beskid Mały za mną (które zresztą od rana tonęły w dosyć dużych chmurach). Szlak też piął się pod górę bardzo łagodnie, co przy moich dotychczasowych doświadczeniach z Beskidami jest rzadkością:)

Tak prezentuje się Szyndzielnia w ładniejszych okolicznościach pogody:) Zdjęcie z: https://pl.wikipedia.org/wiki/Szyndzielnia

Tuż przed szczytem Szyndzielni znajduje się schronisko, gdzie serwują dobrą szarlotkę – polecam:) Samo podejście na Szyndzielnię spod Dębowca to jakieś dwie godzinki przyjemnego spaceru. Później jednak zrobiło się nieco trudniej, bo z Szyndzielni trzeba podejść:

Na Klimczoka

Chwilę podziwiałem widoki rozciągające się spod schroniska na chociażby Skrzyczne, przy czym stwierdzenie „chwilę” jest tu kluczowe, bo wiatr przywiał chmury, deszcz i dosyć sporą mgłę. Początkowo szedłem za znakami czerwonymi i żółtymi, ale za szczytem Szyndzielni, aby wejść na Klimczoka, należy pójść prosto pod górę za znakami czarnymi. To już będzie jakieś pięć – dziesięć minut.

Klimczok swoją nazwę wziął od nazwiska pewnego słynnego w swoim czasie (to jest pod koniec XVII wieku) hetmana zbójnickiego, który w okolicznych jaskiniach miał mieć ponoć swoją kryjówkę. Ostatniego dnia 2017 roku rozbójnik ten musiał być jednak w ponurym nastroju, bo przez zalegającą mgłę widziałem nie panoramę Beskidu Żywieckiego (który można zobaczyć przy dobrych warunkach), a gęste mleko jakieś piętnaście metrów przede mną:)

A tak by prezentował się widok z Klimczoka, gdyby było cokolwiek widać:) Zdjęcie z: https://pl.wikipedia.org/wiki/Klimczok

Krótkie zejście do Siodła pod Klimczokiem i zameldowałem się w schronisku, znajdującym się już w zasadzie na zboczach Magury.

Zejście przed Magurę i Równię do Mikuszowic

Przy schronisku i w okolicach Siodła znajduje się skrzyżowanie szlaków – można dojść między innymi do Szczyrku. Ja wybrałem znaki żółte i czerwone przez grzbiet Magury. Szlak bardzo mi przypominał Izery i podejście na Wysoką Kopę – również pod względem pogody panującej na trasie:)

Ale to się też zmieniło; chwilę po tym, jak minąłem odejście szlaku żółtego i skierowałem się w dół czerwonym, trasa otworzyła się na polankę, z której był całkiem ładny widok na wioski w okolicach Bielska i okoliczne szczyty, a nad nimi piękna tęcza. Pozachwycałem się chwilę i dalej w dół szlakiem do Bystrej.

Z Bystrej od biedy można było obrać szlak do Wilkowic – jakieś czterdzieści – pięćdziesiąt minut asfaltu do stacji PKP. To była jedna z opcji na zakończenie wędrówki, ale wciąż było wcześnie, ja jeszcze miałem moc w nogach, zdecydowałem się więc na powrót do Bielska o własnych siłach. W tym celu obrałem czerwony szlak, który oznaczał jeszcze jedno podejście – na Równię pod Kozią, niewielką przełęcz pod szczytem Koziej Góry. Tu chwila zastanowienia, bo teoretycznie mógłbym jeszcze i na ten szczyt wejść, ale uznałem, że jednak wystarczy:)

Czerwonym szlakiem zszedłem do Błoni, a stamtąd zielonym przez ładny park do przystanku autobusowego, skąd zabrałem się w stronę dworca.