Pewnego dnia podczas mojego pobytu w Zakopanem Orla Perć powiedziała do mnie: „chodź, zafunduję Ci ból nóg na następne kilka dni”. Jak dama wzywa, to nie można odmówić, ale zrobiłem to na własnych warunkach:)

Dzisiejszy wpis muzycznie sponsoruje:

Skąd u mnie tytułowa „druga zwrotka”? Otóż Orlą Perć zwyczajowo dzieli się na trzy etapy. Pierwszy najtrudniejszy: Zawrat – Kozi Wierch (najtrudniejszy, bo jednokierunkowy, bo dosyć długo brak szlaków zejściowych i z kilku jeszcze innych powodów:). Dalej najłatwiejszy: Kozi Wierch – Skrajny Granat, z którym powinni poradzić sobie wszyscy, którzy byli tam, gdzie w polskich Tatrach są ekspozycje i są sztuczne zabezpieczenia, a czasem ich brak w miejscach, gdzie by się przydały. (To „tam” to jednak nie kolejka linowa na Kasprowy, ale na przykład Przełęcz Mięguszowiecka albo Zawrat). Trzeci ponoć odrobinę łatwiejszy od pierwszego: Skrajny Granat – przełęcz Krzyżne.

Osobom, które jeszcze nie były na Orlej Perci, zaleca się, aby przygodę zaczęły od drugiego etapu. I ja tak właśnie zrobiłem, a potem siłą rozpędu dotarłem do samego Krzyżnego.

Z Doliny Pięciu Stawów na Kozi Wierch

Kurczę, bardzo lubię Dolinę Pięciu Stawów, ale jakoś tak się zdarzyło, że rzadko tam zachodzę – w zeszłym roku turystyczny los ani razu mnie tam nie powiódł. Tym razem nie mogłem pominąć popularnej Piątki, tym bardziej, że to stąd prowadzi najłatwiejszy szlak na Kozi Wierch.

Dawno nie byłem, ale nawet mnie rzuciło się w oczy, jak bardzo szlak jest zmaltretowany. Ulewy z ostatnich tygodni to sprawiły, czego świadectwem jest zniszczony most (obok wybudowano nowy):

Tu już widać Orlą Perć

Przyznaję, miałem chwile zawahania:)

Wodospad Siklawa – Dolina Pięciu Stawów tuż-tuż

Widok znad Wielkiego Stawu Polskiego

Czarny szlak prowadzi na Kozi Wierch dosyć stromo w górę. Nie szkodzi, w międzyczasie można obrócić się za siebie i podziwiać widoki na pięć stawów:

Do momentu, kiedy szlak czarny połączy się z czerwonym jest banalnie, potem robi się już trudniej – wiadomo, to już Orla Perć🙂 W miejscu, gdzie szlaki się łączą, można by w sumie skręcić w prawo, już na Granaty – ale być tak blisko Koziego Wierchu i nie stanąć na szczycie, to zbrodnia! Zwłaszcza że ostatnie podejście szczytowe też nie jest zbyt skomplikowane, życie może utrudniać ruch w kierunku Granatów i kilka dosyć dużych głazów.

A widoki z Koziego Wierchu zapierają dech w piersiach. Zwłaszcza jak się zobaczy ludzi zmagających się z pierwszym etapem Orlej Perci na Kozich Czubach.

Mniej więcej stąd powinni przyjść ludzie – zdjęcie zrobiłem w niefortunnym momencie, gdy naszła mgła

Z Koziego Wierchu przez Granaty na Krzyżne

Nie będę opisywał każdego łańcucha, turni, komina i przełączki. O wiele lepiej zrobił to serwis natatry.pl (tu etap od Koziego do Granatów, a tu z Granatów na Krzyżne). Jakby komuś było mało zdjęć i opisów, to można obejrzeć film z rekordowego przejścia Orlej Perci Piotra Łobodzińskiego – niczym najlepszy thriller:

Osiągnięcie oczywiście szanuję:)

Etap z Koziego Wierchu do Granatów nie sprawił mi jakiś większych trudności. Owszem, było niezabezpieczone łańcuchami zejście ku Żlebowi Kulczyńskiego, było podejście po łańcuchach przez niemal pionowy komin, były ekspozycje – ale nic, czego już nie doświadczyłem na Mięguszowieckiej Przełęczy na przykład albo na Świnicy z Zawratu. Jeden jest tak naprawdę cięższy moment na tym etapie, osławiona szczelinka. Tak naprawdę problem jest w tym miejscu natury mentalnej, bo wystarczy zrobić po prostu duży krok. I tyle. Ja się zdecydowałem na obejście tego miejsca dołem, bo po pierwsze: widziałem, że odbywają się właśnie prawdziwe turystyczne dramaty, a po drugie: sam nie byłem pewny, czy sobie lepiej poradzę.

Praktycznie pionowe podejście po łańcuchach

To już Granaty

Kozi Wierch kryje się za mgłą

Czarny Staw Gąsienicowy

Szczelinka – i wszystko jasne:)

Kolejny już etap to zupełnie inna bajka:) Pamiętam jeden moment, chyba zaraz przy schodzeniu ze Skrajnego Granatu albo wkrótce potem: zejście po łańcuchach, mało miejsca na nogi… wyślizgana skała i sam jeden gwozdek, na który mam położyć stopę?! Majtam, majtam, nic nie znajduję, w końcu zadowalam się tym gwozdkiem, choć dużo później dochodzi do mnie, że chyba jednak tam coś było, tylko ja nie wyczułem. Jakoś zszedłem, ale na końcu tego łańcucha potrzebowałem chwili na dojście do siebie 🙂

Nie gwozdek, ale drabinka też zrobiła wrażenie:)

Od czasu do czasu takie widoczki

Księżycowy krajobraz

Gdzieś tędy prowadzi szlak

Później również były momenty 🙂 Raz czy dwa myślałem nawet o zawróceniu, ale przypominałem sobie ten gwozdek… i jednak szedłem dalej. Ostatnie podejście po łańcuchach na Małą Buczynową Turnię było dla mnie proste, sama Buczynowa już nie bardzo, bo niczym nie zabezpieczona. Ale stamtąd już rzut beretem bezpiecznie do samego Krzyżnego.

A z Krzyżnego – powinny być widoki na cały świat. Ja miałem na pół, bo Hala Gąsienicowa zdecydowała się skryć za mgłą, ale te na Dolinę Pięciu Stawów faktycznie przednie:

Z Krzyżnego do Doliny Pięciu Stawów i dalej do Palenicy

Dopiero na Krzyżnem zdałem sobie sprawę z upływającego czasu. Na szlak wyruszyłem o 7, teraz jest 16, przede mną jeszcze cztery godziny drogi, a ja już tymi wejściami i zejściami jestem nieziemsko zmęczony… Kurczę, nie jest dobrze…

Żółtym szlakiem z Krzyżnego do Doliny Pięciu Stawów jeszcze jakoś się szło. Tu porobiłem zdjęcia:

tu uzupełniłem płyny w strumyku, w sumie nienajgorzej. Ale droga z Piątki do Wodogrzmotów Mickiewicza dłużyła mi się strasznie. Znowu: raz podchodziłem pod górkę, raz schodziłem, dodatkowa mordęga dla zmęczonych ud. Po kolejnej takiej hopce myślałem, że się rozpłaczę, ale wtedy łzy zmieniłyby się we wzruszenie, bo oto zaczynał się wyczekiwany asfalt, którym już na spokojnie doszedłem do Palenicy.

Pełne 13h, z czego część po najtrudniejszym szlaku w polskich górach. Myślę, że mam prawo być dumny z tego, jaka zmiana się we mnie dokonała w ostatnich latach. Natomiast w przyszłym roku, jeśli turystyczny los znów rzuci mnie w Tatry, chętnie zmierzę się z całością Orlej Perci.

Trasa: