W swoim (nieco już ponad) trzydziestoletnim życiu schodziłem dużą część gór

Widok na Kondracką Kopę

W górach jest wszystko, co kocham

w Polsce: większość Sudetów, prawie całe Tatry Zachodnie, sporo Tatr Wysokich, trochę Beskidów, jedynie w Bieszczadach mnie jeszcze nie było, ale to mam zaplanowane na ten rok. Kocham góry nie tylko za ich piękno; kiedy wchodzę na szczyt, uświadamiam sobie, że był on, zanim na świecie pojawiliśmy się my, ludzie, i będzie stał w tym samym miejscu jeszcze długo po nas. To znakomicie uczy pokory, a ja zawsze z tą pokorą miałem duże problemy.


Chcę napisać o swoim doświadczeniu koronki. Kiedy wyruszałem na swoją pierwszą samotną dłuższą wędrówkę po Tatrach, Mama powiedziała do mnie: „Na szlaku będziesz miał czas, to odmów koronkę”. Powiedziałem, że jasne, nie ma sprawy, w końcu wyrosłem ze środowiska oazowego, więc ta modlitwa nie była mi obca. Ale zawsze gdzieś na szlaku miałem te momenty zwątpienia. Bo jak, tylu ludzi wokół – ktoś przede mną, ktoś za mną – ja mam wyciągnąć różaniec i zacząć się modlić?! Pomyślą, że jakiś nienormalny. Więc odmawiałem tę koronkę, ale zawsze odchodziłem gdzieś na bok albo czekałem do momentu, kiedy będę sam na szlaku.

Ale taka modlitwa jakoś ciążyła mi na sumieniu, bo się z różańcem ukrywałem, zupełnie jakbym się spodziewał, że spotka mnie za niego ostracyzm ze strony innych turystów. Trochę to trwało, ale w końcu się przemogłem. I wiecie co? Chociaż idę z różańcem w ręku, odmawiam koronkę szeptem, to nigdy nie spotkał mnie z tego powodu żaden złośliwy komentarz ani żadne krzywe spojrzenie. Powiem więcej, mam wrażenie, że ludzie chętniej mnie wtedy na szlaku pozdrawiają. Moim takim małym marzeniem jest, aby ktoś się kiedyś do mnie przyłączył choćby na jeden dziesiątek. To byłoby bardzo budujące:)

na wołowcu

Jeszcze co do koronki i różańca, to nawet kiedy się ze swoją modlitwą czaiłem, to miałem uczucie, że jestem dzięki nim specjalnie chroniony. Być może dlatego właśnie suma szczęśliwych powrotów w moim przypadku równa się sumie wyjść i na szlaku nie spotkało mnie nigdy nic bardziej przykrego od chwilowego zgubienia drogi – chociaż przychodziło mi zdobywać szczyty także w ulewie, śnieżycy, podczas mgły i przy halnym… Ktoś by mógł zapytać, czy nie jest przesada? Upatrywać Bożej pomocy i opieki nawet podczas zdobywania najniższych szczytów w Sudetach? Ja odpowiem wtedy, że absolutnie nie i nawiążę wtedy ponownie do tego, że góry znakomicie uczą pokory. Odkąd odmawiam koronkę podczas wejścia i różaniec przy zejściu, mam takie uczucie, jakby to Bóg prostował ścieżki przede mną:)

I za to chwała Panu!