W Górach Kaczawskich po raz pierwszy (i ostatni) byłem jakoś w styczniu – koronny Skopiec przywitał mnie dużą mgłą, zawieją śnieżną i zaspami sięgającymi połowy uda. Ale zawsze daję szansę tym pasmom górskim, które z jakiś powodów nie wywarły na mnie dobrego pierwszego wrażenia. A że Góry Kaczawskie na rowerze chodziły za mną od dłuższego czasu, to w końcu zrealizowałem ten pomysł w minioną sobotę. W końcu – czemu wybierać między górami a rowerem, skoro można mieć oba?

Na Górę Szybowcową z Jeleniej Góry

Wystartowałem z dworca głównego w Jeleniej Górze. Stamtąd przejechałem piękną jeleniogórską starówką ku ulicy Długiej, prowadzącej ku Górze Szybowcowej. Miało to być pierwsze wzniesienie tego dnia; patrząc na mapę, zupełnie nie spodziewałem się trudności. W końcu – co to jest 560 metrów nad poziomem morza?! Nie wziąłem jednak pod uwagę, że startuję z, bądź co bądź, kotliny.

Kilkukilometrowy, ostry podjazd prowadzący momentami krętą asfaltówką, dał w skórę już na samym początku wycieczki. Widoki jednakże całkowicie zrekompensowały trud. Tak z Góry Szybowcowej prezentuje się Jelenia Góra:

Gdzieś tam powinna być też Śnieżka i całe Karkonosze, ale tego poranka kryły się za chmurami:

Nazwa wzięła się zresztą stąd, że dzięki płaskiemu szczytowi i silnym prądom wznoszącym wzgórze stwarza wymarzone warunki do uprawiania sportów szybowcowych.

Po krótkim odpoczynku przy wiacie ruszyłem w dół. Krótki szybki zjazd skończył się w Jeżowie Sudeckim, gdzie skręciłem w czarny szlak rowerowy do Płoszczyny.

I dalej na Okole

Tablica przy skręcie informowała, że do Płoszczyny są niecałe dwa kilometry. Większość – po kamienistej drodze (dla wyczynowców pewnie wygodnej, ja ze swoimi wąskimi oponami musiałem bardzo uważać), większość też w dół, co wcale nie cieszyło:) Oznaczało bowiem, że tracę metry w pocie czoła wypracowane w drodze na Górę Szybowcową:

Szlak rowerowy skończył się w Płoszczynie. Stąd asfaltówką do Dziwiszowa – trochę pod górkę, co jednak nie zapowiadało dalszych trudności. Po skręcie w lewo w drogę nr 365 (na Chrośnicę) okazało się bowiem, że asfaltówka prowadzi zakrętami i pod kątem niejednokrotnie 11 stopni. Dawało to jednak okazję do częstych przystanków i podziwiania krajobrazów, które tutaj należą chyba do najładniejszych w całych Górach Kaczawskich:

Przy skręcie w prawo na Podgórki widać między innymi Baraniec z charakterystyczną wieżą transmisyjną, Skopiec i Maślak (który, według niektórych pomiarów, jest najwyższym szczytem Gór Kaczawskich). Ja jednak pojechałem jeszcze mozolnie kawałek dalej ku Chrośnickiemu Rozdrożu, gdzie skręciłem w prawo na Chrośnicę.

Trzy kilometry do wioski pokonałem bez jednego pedałowania – szybki zjazd w dół zakończył się znalezieniem niebieskiego szlaku pieszego na Okole. Przez chwilę dało radę nawet jechać pod górkę, ale zaraz boleśnie przekonałem się, że niektóre rzadko uczęszczane szlaki w Sudetach są słabo przygotowane dla turystów. Większość szlaku porastały wysokie po kolana pokrzywy – momentami musiałem nieść rower na ramieniu. Ten odcinek był chyba najtrudniejszym w całej eskapadzie.

W końcu doszedłem do skrzyżowania z żółtym szlakiem, co wziąłem za osiągnięty szczyt. Zacząłem zjeżdżać w dół żółtym szlakiem, który okazał się całkiem wygodny i na pewno lepszy niż zarośnięty niebieski.

Na dole jednak przy tablicy informacyjnej zorientowałem się, że to bynajmniej nie był szczyt:) Na górze powinny być pozostałości po dawnym punkcie widokowym. Dopiero w domu znalazłem informację, że do szczytu zabrakło mi jakiś dziesięciu minut:) Dlatego w moim wykazie szczytów Diademu Gór Polskich wpisuję, że Okole prawie zdobyłem:). Pewnie tu kiedyś wrócę dla ostatecznego skonsumowania szczytu.

A po Okolu powrót do Marciszowa

Kolejny tego dnia męczący podjazd w stronę miniętego wcześniej zjazdu na Podgórki został nagrodzony dłuuuugim i szybkim zjazdem do tejże wioski, która pochwalić się może kościołem z wieżą widokową. Na wieżę nie wchodziłem, ale zdjęcie kościołowi oczywiście zrobiłem:

Kawałek za Podgórkami skręciłem w zielony szlak rowerowy z zamiarem zdobycia Maślaka – szczytu, którego w Górach Kaczawskich do kolekcji jeszcze mi brakuje. Ale po krótkiej w miarę wygodnej jeździe szlak nagle się zgubił przy drzewach. W żadną stronę nie widziałem możliwości kontynuowania jazdy, a poza tym… cóż, zaczęły mnie łapać skurcze. Dystans jeszcze nie był duży, suma przewyższeń dla turysty pieszego też nie była wybitna, ale przyzwyczajony jestem do jazdy głównie po płaskim (maks po Wzgórzach Trzebnickich, które, umówmy się, ani wymagające, ani wysokie nie są:). Dlatego wróciłem do asfaltówki i kontynuowałem jazdę drogą z Podgórek do Wojcieszowa.

Po kilku kilometrach dotarłem do Wojcieszowa, gdzie obrałem kurs na drogę nr 328. Ostatni ostry podjazd zaliczyłem jeszcze w Kaczorowie, a potem względnie niewielkie przewyższenia przeplatane były szybkimi i długimi zjazdami po pięknym, równym jak stół asfalcie. Z drogi można było podziwiać okoliczne pokryte bukowymi lasami wzniesienia aż do samego Bolkowa:

Zjazd do Marciszowa i stąd powrót pociągiem do Wrocławia.

W Góry Kaczawskie na rowerze jeszcze na pewno wrócę. Planuję między innymi zdobyć diademową Porębę oraz Maślaka, ale nauczony doświadczeniami z tej wycieczki rozbiję pewnie na dwie części.

Trasa:

Mój dystans: około 80 km.