Podboje Tatr Wysokich i Tatr Zachodnich już opisałem wcześniej. Teraz pora na krótką relację z wypadu w Beskid Żywiecki i zdobycia Babiej Góry. Czytajcie i komentujcie:)

Ale, ale – skąd w ogóle nagle Babia Góra? Przecież to kawał od Zakopca! Ale wytłumaczenie jest jasne – w nocy po zdobyciu Jarząbczego przyszedł taki halny, że chciał złożyć namiot razem ze mną w środku. Z rana już się uspokoił nieco, ale już zdobywałem kiedyś Kasprowy podczas halnego, żadna atrakcja. Do tego było strasznie duszno i zapowiadali nawałnicę… Niewiele myśląc, zwiałem do Krakowa, gdzie znalazłem camping Clepardia.

Deszcze się sprawdziły (Zakopane ponoć zalało bardzo mocno), kolejny dzień spędziłem więc na zwiedzaniu Wieliczki i dopiero jedenastego dnia mogłem dalej ruszać. A że Babia Góra kusiła mnie od dawna, to ponad dwugodzinna podróż busem do Zawoi wcale nie wydała mi się nużąca:)

Na Babią Górę z Zawoi Markowej

Jako punkt startowy wybrałem Zawoję Markową – ostatni przystanek przed wejściem na teren Babiogórskiego Parku Narodowego. Musicie wiedzieć, że Zawoja to najdłuższa wieś w Polsce, ma całkiem sporo połączeń z Krakowem, ale busy kończą podróż w różnych miejscach – radzę zatem dobrze się pilnować podczas wyboru przewoźnika🙂

Opłata za wejście… i można rozpocząć wędrówkę. Po dwudniowym odpoczynku od gór czułem się mocno spragniony górskich wojaży, dlatego zacząłem solidnie, zwłaszcza że i szlak do tego zachęcał. Długo prowadził ładną, szeroką leśną drogą (można iść również obok kamiennymi stopniami, ale po co sobie życie utrudniać?), wyżej zaczęło być dopiero za mostkiem nad górskim strumykiem, kiedy trakt się skończył, a zaczęły się (całkiem dosłownie) schody.

Do Kolistej Polany, będącej pierwszym większym rozwidleniem szlaków, doszedłem po nieco ponad godzinie. Zaraz było bardzo sympatyczne schronisko, a tam konieczność podjęcia decyzji. Babią Górę chciałem zdobyć przez Perć Akademików (bodajże jedyny poza Tatrami odcinek sztucznie zabezpieczony łańcuchami), ale miałem w pamięci deszcze z ostatnich dni, obawiałem się również mgieł, z których Babia Góra słynie, więc wybrałem koniec końców czerwony szlak na Przełęcz Brona.

I okazało się, że podjąłem dobrą decyzję. Wychodziłem w pięknej, aczkolwiek nieco rześkiej pogodzie, a po dojściu do przełęczy naszły mgły, które zaczęły mocno gęstnieć. Jeszcze rzut oka na szczyt Małej Babiej Góry i skręt w lewo na Babią Górę.

Mgła to gęstniała, to znów w dosyć dużym wietrze się rozwiewała. Idąc granią co chwilę zdobywałem niższe wierzchołki – a że z reguły widoczność nie była najlepsza, to myślałem, że jestem już u celu. Kilka razy się rozczarowałem do tego stopnia, że kiedy w końcu dotarłem do Babiej Góry, to z rozpędu chciałem iść dalej:)

Na szczycie ustawiona jest kamienna wiata, przy której można odpocząć i schronić się przed wiatrem. Mgła przez ten czas zeszła na tyle, że przynajmniej w jakimś stopniu można było podziwiać piękne babiogórskie widoki.

Odpoczynek i zejście – przez Główniaka i Kępę w stronę Sokolicy, skąd rozciągają się bardzo ładne krajobrazy. Ogólnie zejście w tę stronę przy dobrej widoczności musi być naprawdę imponujące – ja miałem pewną namiastkę

🙂 Zamierzałem iść dalej w kierunku przełęczy Krowiarki, aby do Krakowa wrócić z Zawoi Policznej, ale znowu naszły potężne chmury. Zdecydowałem się więc zejść zielonym szlakiem, prowadzącym od okolic Sokolicy.

I znowu dobra decyzja, bo za chwilę miało miejsce istne oberwanie chmury. Między drzewami aż tak mocno nie zmokłem, jak by to pewnie miało miejsce na grani, natomiast faktycznie śliskie od deszczu kamienie dały się trochę we znaki (a trzeba pamiętać, że zielony szlak jest dosyć stromy). Na szczęście deszcz skończył się równie nagle, jak zaczął, szlak zresztą po jakiejś półgodzinie ostrego zejścia połączył się z niebieskim szlakiem. Na skrzyżowaniu skręciłem oczywiście w lewo – w stronę schroniska. Teraz czekał mnie najłatwiejszy odcinek tego dnia, praktycznie cały czas po płaskim.

Po niespełna godzinie dotarłem do schroniska, a stamtąd już po własnych śladach do Zawoi Markowej.